12 marca 2015

[11] Bóg na podobieństwo człowieka – „Balladyny i romanse”

Autor: Ignacy Karpowicz
Liczba stron: 575
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Język oryginału: polski

Bogowie obrastają w dogmaty, ziemscy kapłani w sadło i liturgię.


Ignacy Karpowicz – nazwisko to przewijało się w mediach około rok temu, gdy wydana została „Sońka”, najnowsza powieść w dorobku tego autora. Dziś jednak pod lupę wezmę „Balladyny i romanse”, powieść, która ukazała się w 2010 roku jako piąta z kolei pozycja na koncie Karpowicza. Poza nią trzydziestodziewięcioletni białostoczanin napisał książki takie jak „Niehalo” (powieść debiutancka), „Gesty” czy „ości”. Ignacy Karpowicz wiele razy nominowany był do nagród takich jak Paszporty Polityki (nagrodzony za „Balladyny i romanse”) czy literackiej nagrody Nike (nagrodzony za „ości”). Ponadto Karpowicz jest tłumaczem z języka angielskiego, hiszpańskiego oraz amharskiego (używany w Etiopii). Nie ukrywam, że podziwiam znajomość tak wielu języków w zapewne dużym stopniu.

Olimpijscy bogowie, na czele z Zeusem, postanowili zamknąć niebo (podzielone na dzielnice przeznaczone dla bogów mitologicznych, chrześcijańskich, islamskich, i tak dalej) i zejść na ziemię. Piekła już dawno nie ma. Bogowie pojawiają się więc na ziemi, swoją obecnością zastępując żelazka i kawę. I zaczynają żyć jak my, normalni ludzie. Okazuje się, że nie odstają od nas tak, jak moglibyśmy się tego spodziewać. Bogowie są jakby elastyczni, wspaniale odnajdują się w nowej rzeczywistości. Dostosowują się do ludzkiego życia.

„Balladyny i romanse” to powieść specyficzna w każdym aspekcie – zarówno fabularnym, jak i językowym. Już ze względu na to potencjalny czytelnik powinien zadać sobie pytanie, czy lubi eksperymenty. Bo „Balladyny i romanse” to z pewnością powieść inna niż wszystkie, niecodzienna. Autor sięgnął do samego dna historii literatury – do antyku. Wyrywając z Olimpu mitologiczne bóstwa i dokładając do nich Jezusa i Balladynę, cisnął ich w sam środek dwudziestego pierwszego wieku – do Polski, „kraju w promocji”, ukazując w ten sposób naszą rodzimą rzeczywistość. Tym razem nie mamy do czynienia z sakralizacją bohaterów, jak to często bywało w literaturze, ale z uczłowieczeniem bogów, bo to oni stają się podobni do ludzi. Odnajdują się w popkulturze, która jest nieodzownym elementem współczesnego życia.

Karpowicz w swojej powieści stworzył ciekawy świat. Sam Jezus przyznaje, że istnieje więcej niż jeden wymiar, a czas na ziemi nie jest jednorodny. Ma poczucie, że czas w salonie, w którym się znajduje, opóźnia się względem czasu ogólnoziemskiego. Ponadto bogowie, nawet jeżeli umrą na ziemi, powrócą do tak zwanego świata ultymatywnego, tj. świata niematerialnego. Poza nim istnieje oczywiście rzeczywistość ziemska, doczesna, oraz „miasto miast”, zbitka raju i Olimpu, materialna siedziba bóstw. I to właśnie ono zostaje zamknięte.

„Balladyny i romanse” są także niezwykle bogate w bohaterów. Abstrahując już od wspomnianych mitologicznych bóstw, Jezusa (wiecznie skłóconego z dwiema trzecimi siebie – Bogiem i Duchem Świętym) oraz Balladyny, mamy tu także postaci zupełnie inne. Na samym początku przedstawia się Chińskie Ciasteczko, sarkastycznie nawiązując do wszelkich banalnych mądrości w postaci aforyzmów, które ogarnęły cały świat. Przez całą książkę przewija się jeszcze kilka takich ciekawych postaci, które występują w języku jako pojęcia – Narracja, Związek przyczynowo-skutkowy, Imię czy Koniec. Jest to szczególnie ciekawy zabieg, który wprowadza do powieści jeszcze więcej ironii. „Standardowi” bohaterowie są zaś niezwykle dobrze zarysowani – realnie i wiarygodnie pod względem psychologicznym, każdy zupełnie inaczej, dotyczy to zarówno bohaterów zapożyczonych z historii literatury i zmodyfikowanych, jak i tych od początku stworzonych przez Karpowicza – bo takich również tu nie brakuje.

Na specyficzność składa się jeszcze jeden element powieści – styl. Autor bowiem ma niezwykle lekkie pióro. Nie jest to styl piękny w klasycznym rozumieniu – brak tu raczej zgrabnych, wymuskanych, ślicznie brzmiących zdań, zauważalne są natomiast nawiązania do współczesnego języka, inspiracje slangiem młodzieżowym czy językiem internetu. Jedynie bogowie niekiedy wypowiadają się tak, by brzmiało to nieco archaicznie, ale w kontraście do języka używanego w całej powieści, efekt jest raczej komiczny. Ponadto narrację cechuje niezwykła dynamika, żywiołowość, a także spotykana na każdym kroku ironia i dowcip. Narracja (w większości pierwszoosobowa, lecz czasem także trzecioosobowa) jest chyba najmocniejszą zaletą „Balladyn i romansów”. Autorowi pozostaje tylko zazdrościć takiej lekkości.

Z czystym sercem mogę polecić tę książkę. Muszę jednak Was ostrzec. Nie jest to pozycja poważna w żadnym wypadku. Z pewnością autor chciał zwrócić uwagę na problemy, z którymi borykamy się w dzisiejszych czasach, jednak kryje się to za ogromnym, grubym murem złożonym z ironicznych żartów, scen o podtekstach seksualnych lub nawet bez podtekstów (nie ukrywajmy – jest tego naprawdę dużo) i masy zabawnych dialogów lub monologów, przy których niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie „co?!”, nie mogąc opanować śmiechu. Oprócz tego i ze względu na powyższe polecam lekturę tej książki starszej młodzieży, a najlepiej osobom dorosłym. Niemniej – jeśli kogoś nie razi taki pomysł na fabułę i używanie takiego języka, „Balladyny i romanse” powinny mu się spodobać. Mam nadzieję, że następne zetknięcia z prozą Karpowicza (o co z pewnością zadbam!) będą równie udane.

Ocena: 9/10

1 komentarz: