2 maja 2015

[16] Szpitalny misz-masz – "Walizki hipochondryka"

Autor: Mariusz Sieniewicz
Liczba stron: 269
Wydawnictwo: Znak
Język oryginału: polski

Orędownik prozy realistycznej i mocno psychologizującej zaraz by wtrącił swoje trzy grosze, że twarz mam bladą, powieki ciężkie niczym z ołowiu, a rozchylone usta układają się w rybi pyszczek. Zdradzają niewysłowioną, choć gołym okiem widoczną tęsknotę – typową dla ludzi przewlekle samotnych.
Ja ująłbym to prościej: pragnę się z Tobą kochać...

Mariusz Sieniewicz to pochodzący z Olsztyna autor siedmiu książek Na podstawie czterech z nich zrealizowano spektakle teatralne we Wrocławiu, Olsztynie oraz Katowicach. Jest także współtwórcą pisma literackiego „Portret”, które wydawane było w latach 1995-2010 (łącznie 29 numerów). „Walizki hipochondryka” wydane zostały w sierpniu 2014 roku nakładem wydawnictwa Znak. Przyjrzyjmy się więc bliżej siódmej z kolei książce autorstwa Mariusza Sieniewicza.

Emil Śledziennik od początku swojego istnienia nie miał lekko. Już przy narodzinach dostał, wybłagane przez matkę, cztery punkty w skali Apgar, potem nieustannie na coś chorował – a to na różyczkę, na ospę wietrzną czy anginę, nie opuszczały go także inne dolegliwości – problemy z nerkami czy cholesterolem, kłucie serca czy rwący ból pod łopatką. Zawsze jednak udawało mu się ominąć szpital. W końcu dobra passa się kończy i Emil, już jako mężczyzna w poważnym wieku oraz sfrustrowany pisarz, musi założyć szpitalną piżamę i położyć się w szpitalnym łóżku. Salę dzieli z panem Władysławem, chorującym na zaawansowaną cukrzycę starszym panem, który w wyniku choroby stracił już obie nogi i jedną rękę. Pan Władysław (a raczej pan Fłatysłaf) jednak utrzymuje, że jego ubytki („upytki”) pochodzą z heroicznej walki o będącej pod wpływem ZSRR ojczyznę. W dodatku, jak to Emil ujmuje, pan Władysław, nazywany przez niego kadłubkiem, „pociesznie sepleni”. Przez cały pobyt w szpitalu Emil musi znosić wyssane z palca opowieści kadłubka i zagorzałe odmawianie nie tylko modlitw, ale też, na przykład, Inwokacji. Wszystko to, co wydarzy się w szpitalu i to, co przyjdzie Emilowi na myśl, kieruje do kobiety – raz nazywanej cudowną kapłanką, innym razem iskrowłosą kocicą. Refleksje są przeróżne, jest tu wiele wspomnień z lat dzieciństwa. Przypadkiem też Emil wplątuje się, jako strona kupująca, w handel rosyjskim lekiem przeciwbólowym (najbardziej rozchwytywany towar na oddziale szpitalnym), a potem w bunt – już jako współorganizator – zadłużonych chorych przeciwko handlarzom jak i lekarzom. Celem jest zamykana na klucz półka z najróżniejszymi lekami.

Akcja książki była nieco ślamazarna. Emil często odwołuje się do swoich wspomnień z dzieciństwa, zwraca się do pewnej kobiety, używając najwymyślniejszych określeń, ale nie sprawia to, że akcja posuwa się naprzód. Z pewnością ten zabieg miał coś na celu, jednak mnie niesamowicie wynudził. Chciałam, żeby coś w końcu się stało, ale nie doczekałam się tego. Nawet bunt nie był tak dynamiczny i spektakularny, jak można byłoby się tego spodziewać.

Z przykrością muszę też stwierdzić, że język książki mnie zmęczył – od pierwszej do ostatniej strony miałam wrażenie, że autor wkłada wiele wysiłku w to, żeby czytelnik się śmiał, czytając jego powieść, ale niestety w moim przypadku było wręcz odwrotnie.

Jedynym aspektem wprowadzającym komizm w tej pozycji jest postać pana Władysława. Jest to chyba jeden z dwóch elementów, które są w „Walizkach hipochondryka” dobre. Pan Władysław, kadłubek, jest jak piękny, barwny kwiat pośród chwastów. Zwraca uwagę, jest wyrazisty i wyróżnia się na tle szarej masy innych postaci. Uśmiechałam się zawsze, gdy Emil z nim rozmawiał – gdy kadłubek pytał „A so ufasas pan o Smoleńsku? A so s ciesiątym kfietnia?”, gdy pokazywał obrazki z wizerunkami świętych (od niego dowiedziałam się, że „ot bólu kłofy jest Jan Chszciciel, Święci Pankrasy i Szczepan” oraz że „nat weną literatóf czufa Apostoł Jan”) oraz gdy kupował od oddziałowej szajki tabletki, kwitując transakcję swoistym „Pók sapłać!”. Wiecznie narzekający Emil, hipochondryk, nie dorasta mu do pięt.

Drugim takim aspektem jest pewna metafizyczność, tajemniczość, nieoczywistość. Tak naprawdę trudno stwierdzić, na ile wydarzenia przedstawione w „Walizkach hipochondryka” są prawdziwe. Zastanawiałam się ciągle, czy to nie jakieś polekowe omamy, przecież mam do czynienia z człowiekiem, który co chwilę znajduje sobie choroby i sam je zwalcza.

„Walizki hipochondryka” nie zachwyciły mnie. Chciałam tę pozycję szybko skończyć, wziąć się za coś innego. Mam nieustanne wrażenie, że autor chciał za dużo wrzucić do jednego worka. Z przemyśleń głównego bohatera mogłoby być coś więcej, gdyby autor pociągnął je dalej, głębiej, ale wtedy przeszkadzałaby cała fabuła – kadłubek, handlarze lekami i bunt. Z kolei gdyby odwrócić sytuację, trzeba byłoby coś jeszcze dodać, nieco podrasować, żeby książka była interesująca. Jest misz-masz, który uważam za dość przeciętny, żeby nie powiedzieć słaby. Było to moje pierwsze spotkanie z Mariuszem Sieniewiczem, dlatego nie chcę autora oceniać po jednej książce. Myślę jednak, że nie prędko sięgnę po jego następną powieść.

Ocena: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz