24 czerwca 2016

#51 Wyzwania czytelnicze – co, jak i czy w ogóle warto?



Temat wyzwań czytelniczych budzi skrajne emocje. Jedni uważają je za coś fantastycznego, sprawiającego wiele frajdy i poszerzającego horyzonty, inni wręcz przeciwnie – według nich to coś bez sensu, odbierającego całą radość z czytania. Jeśli chodzi o mnie, plasuję się gdzieś po środku – i Wam również polecam takie podejście. Ale o tym za chwilę. Zacznijmy od tego, czym w ogóle są te wyzwania i jakie najczęściej można spotkać w blogosferze.



Wyzwanie czytelnicze to zabawa, która polega na wypełnieniu jakiegoś zadania w danym tygodniu, miesiącu lub roku. Zazwyczaj chodzi o to, aby przypisać książkę do danej kategorii i ją przeczytać – w ten sposób wypełnia się daną część wyzwania. Są również wyzwania polegające bardziej na przeczytaniu danej ilości książek, a niekoniecznie wypełnianiu zadań.




52 książki w ciągu roku

Najbardziej rozpowszechnionym wyzwaniem jest to polegające na przeczytaniu przynajmniej 52 książek w ciągu całego roku. Dlaczego 52? Bo tyle tygodni ma rok, a chodzi ni mniej, ni więcej o to, aby czytać jedną książkę tygodniowo. Dla jednych jest to prawdziwe wyzwanie, dla innych bułka z masłem. Ci, którzy czytają więcej, modyfikują to wyzwanie według własnych potrzeb – postanawiają przeczytać 80, 100 czy 150 książek w ciągu roku.

Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

Z tego, co zauważyłam, to wyzwanie budzi najwięcej kontrowersji. Powstało błędne przekonanie, że chodzi o to, by ilościowo przeczytać tyle książek, ile ma się centymetrów. Nic bardziej mylnego! Zamysł był taki, aby przeczytać tyle książek, by grubość ich grzbietów równała się wzrostowi czytelnika. Chodzi więc o to, aby wieża ułożona z przeczytanych w ciągu roku książek dorównała mu lub była jeszcze wyższa. 

Wyzwania czytelnicze z zadaniami

Przeczytaj książkę polskiego autora, przeczytaj książkę, która ma więcej niż 500 stron, przeczytaj książkę, której akcja ma miejsce w Azji – tego typu zadania umieszczane są w przeróżnych wyzwaniach czytelniczych. Można ich znaleźć bardzo dużo w Internecie, organizuje je wiele blogów, można skomponować własne i samemu wypełniać kolejne zadania. Może ich być 10, 20 czy 30 – pełna dowolność.


Większość z tych wyzwań nie jest koordynowana przez nikogo. Nie ma więc też nagród. A przynajmniej nie takich namacalnych. Istnieją jednak korzyści, jakie można wynieść z uczestniczenia w takich wyzwaniach.

Satysfakcja

Zadowolenie z siebie jest chyba największą nagrodą, jaką można zdobyć w tych wyzwaniach. Każdy lubi wygrywać, a więc kiedy uda nam się zakończyć dane wyzwanie – jesteśmy z siebie dumni.

Czytanie większej ilości książek

Zwłaszcza pierwsze i drugie wyzwanie daje możliwość poprawiania swoich wyników, jeśli chodzi o ilość czytanych książek. I mogę to potwierdzić na własnym przykładzie. Od 2012 roku liczę, ile książek przeczytałam w roku. Od 2015 biorę udział w wyzwaniu 52 książki. W 2012 roku przeczytałam 27 książek, tak samo w 2013, w 2014 było ich niewiele więcej, bo 34. W 2015 roku postanowiłam pierwszy raz zmierzyć się z wyżej wspomnianym wyzwaniem – choć nie sądziłam, że mi się uda. Tymczasem poprzedni rok skończyłam z 62 książkami na koncie. Progres jest ogromny. W tym roku mam zamiar przeczytać jeszcze więcej. To wyzwanie jest dla mnie dobry motorem napędzającym mnie do tego, aby więcej czytać, a mniej czasu spędzać na robieniu głupot.

Poszerzanie horyzontów

To natomiast najbardziej wiąże się z „zadaniowym” rodzajem wyzwań. Określone kategorie nie zawsze mogą trafiać w nasze czytelnicze gusta, ale jeśli chce się ukończyć wyzwanie, trzeba się przełamać. W ten sposób osoba, która przykładowo nie czyta fantastyki, sięgnie po nią, posmakuje czegoś nowego. A nuż jej się spodoba? Być może to jedno zadanie z wyzwania zmieni jej podejście do danego gatunku/autora/tematyki/itd, otworzy ją na coś nowego?


Zdrowe podejście to klucz do powodzenia. Jak wspominałam we wstępie wyzwania czytelnicze wzbudzają wiele kontrowersji i dyskusji, w których ludzie dzielą się głównie na dwa „obozy”. A ja Wam powiem, że złoty środek jest najlepszy.

Nie chodzi o to, aby wygrać

A przynajmniej nie za wszelką cenę. Jeżeli został miesiąc do końca roku, a Twój licznik wskazuje, że przeczytałeś dotąd 40 książek, to nie zaszywaj się w domu schowany za fortem z książek albo nie czytaj cieniutkich książek dla dzieci, byleby tylko dobić do tych 52. Czytaj to, co czytasz zawsze i tak, jak czytasz zawsze. Najwyżej się nie uda. Zawsze możesz spróbować w kolejnym roku. W wyzwaniach nie chodzi o to, aby wygrać, ale aby mierzyć się z samym sobą, stawiać sobie cele.

To nie są wyścigi...

Przeciwnicy wyzwań czytelniczych mają swój jeden, sztandarowy argument – czytanie nie jest wyścigiem, więc po co liczyć, ile książek się przeczytało? I w gruncie rzeczy mają rację. A przynajmniej częściowo. Czytanie to faktycznie żaden wyścig – no chyba że czytamy „Potop” na dzień przed sprawdzianem z polskiego. Wtedy to jest wyścig i walka z czasem. Ale wracając – racja nie leży po stronie przeciwników wyzwań. Wychodzą oni z założenia, że aby wygrać, ludzie będą czytać, a raczej przelatywać tekst wzrokiem, byleby tylko dołożyć kolejną książkę do tych 52/kolejny centymetr do (wyimaginowanej) wieży; że będą skupiać się na ilości, a nie na jakości; że w trakcie czytania zgubią gdzieś przyjemność z samego faktu czytania i zastąpią ją radością z dołożenia kolejnej książki na półkę tych przeczytanych, tak po prostu, bez żadnej refleksji. Szczerze mówiąc – nie spotkałam się nigdy z żadną osobą, która by tak robiła. Jeśli wyzwanie ma być wyścigiem, to tylko wyścigiem z samym sobą. Nie chodzi o to, by Asia była lepsza od Basi, a o to, by być lepszym od siebie.

Zabawa przede wszystkim

Chodzi o to, aby się bawić. Nie można brać tych wyzwań całkiem na serio i rezygnować z tego, co i jak czytamy zazwyczaj. Wyzwanie ma być miłym dodatkiem, ono nie ma zawładnąć całym czytelniczym życiem danej osoby. Jeśli chodzi o dwa pierwsze rodzaje wyzwań, jakie wymieniłam, polecam po prostu cieszyć się z samego faktu czytania, czerpać z tego przyjemność jak wcześniej, a nie przeliczać, ile w danym miesiącu musimy przeczytać, żeby się do końca roku wyrobić. Zaś jeśli chodzi o ostatni rodzaj – dopisywać kategorie do czytanych książek, a nie książki do danej kategorii, odhaczać kolejne wypełnione zadania wraz z przeczytaną książką, a nie kupować i czytać książki tylko ze względu na dane zadanie.

Książka książce nierówna

Są książki cienkie, są książki grube. Są książki w wydaniu kieszonkowym i w wydaniu standardowym. Są książki łatwe w odbiorze i takie, które podejmują trudną tematykę. Są książki z małym drukiem i z dużym. A mimo wszystko każda liczy się tak samo – gdzie sens, gdzie logika? Jak tak można? Jak przeczytam 52 książki dla trzylatków, to tez wygram wyzwanie!, krzyczy wielu przeciwników wyzwań. Ale nie chodzi o to, żeby było równo i sprawiedliwie. Powiem to jeszcze raz, bo to sedno mojego posta: wyzwanie ma być dodatkiem, nie ma diametralnie zmieniać tego, co i jak czytamy, a porównywać mamy się tylko do siebie. Zabawa, nie wyścig.

E-booki/audiobooki

Nie można przeczytać audiobooka, więc nie można wygrać wyzwania „przeczytam 52 książki w roku”. Co więcej, nie można zmierzyć ani e-booka, ani audiobooka, więc nie da się wygrać wyzwania „przeczytam tyle, ile mam wzrostu”! – dedukują przeciwnicy wyzwań czytelniczych i myślą sobie: szach mat. Audiobooki to też książki, więc można ukończyć pierwsze wyzwanie – nie liczy się to, czy czytamy, czy słuchamy. Ma to być średnio jedna książka, jedno słuchowisko na tydzień, po prostu. Zaś jeśli chodzi o drugie wyzwanie – można zmierzyć grubość grzbietu w księgarni/bibliotece czy poprosić kogoś na grupie książkowej, aby zmierzył.


Mam nadzieję, że dosyć jasno wyraziłam swoje zdanie na temat wyzwań czytelniczych. Pisząc tego posta, nie miałam na myśli nikogo konkretnego. Pomysł na niego wziął się z ciągle powracającego i wywołującego nieustannie dyskusje tematu. Zauważyłam, że oba „obozy” powołują się ciągle na te same argumenty i doszłam do wniosku, że większość z nich kuleje i tak naprawdę nie są one zbyt trafne. Możecie się ze mną zgadzać lub nie. Zapraszam Was do wyrażania własnego zdania na ten temat w komentarzach. :)

40 komentarzy:

  1. Ja ostatnio na swoim blogu powołałam do życia wyzwanie Chleba i igrzysk. Polega to na tym, że inni czytelnicy polecają mi książki (chleb), ja je czytam, a później recenzuję (igrzyska). Nie na czas, mam przecież inne zobowiązania. Dlaczego to zrobiłam? Szczerze - żeby trafić na inne tytuły, do których sama bym się nigdy w życiu nie dokopała. Mam nadzieję, że moje wyzwanie będzie się miało dobrze :) póki co czytelnicy mnie zaskakują, o większości tytułów nie słyszałam. Będzie ciekawie, na to liczę :) w innych wyzwaniach nie biorę udziału, jakoś mnie to nie kręci. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dosłownie wczoraj widziałam to wyzwania u Ciebie i przyznam, że bardzo odważny pomysł, sama bym chyba na coś takiego nie poszła, bp nie wszystko może mi się spodobać. : Choć tak jak mówisz - to świetna okazja, aby poznać nowe tytuły. :) Życzę powodzenia! :)

      Usuń
  2. Ja nie mam nic do wyzwań - nawet podoba mi się taki pomysł, bo może wyniknąć z tego dużo dobrego :) Do tej pory brałam jedynie udział w wyzwaniu o 52 książkach, ale to tak we własnym zakresie, a teraz pierwszy raz zgłosiłam się do wezwania, które trwa w wakacje i polega na wyczytywaniu książkowych zaległości :)
    Słusznie zauważasz, że trzeba do tego mieć zdrowe podejście, bo chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też myślałam o tym wyzwaniu na wakacje, ale ostatecznie stwierdziłam, że mam już tyle tych wyzwań na ten rok, że nie chce już sobie dokładać kolejnego. xD W każdym razie życzę Ci powodzenia. :)

      Usuń
  3. Biorę udział, bo to zawsze dodatkowa motywacja, by odkryć tytuły, po które pewnie bym nie sięgnęła. W tym roku najtrudniejsze wyzwanie to i tak filmowe (52 filmy), jak z wersją książkową nie mam problemu, to filmy to prawdziwe wyzwanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filmy to też dobry pomysł, choć ja wolę książki. :) Tak czy inaczej powodzenia! :)

      Usuń
  4. Staram się nie czytać na akord, chociaż widziałam, że niektórzy przez 2 miesiące przeczytali ze 40-50 książek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co patrzec na innych, tylko czytac tyle, ile sie moze, a przede wszystkim chce. Nic na sile, kazdy ma inne mozliwosci. :)

      Usuń
  5. Wyzwania nie są dla mnie, bo czytam co chcę, kiedy chcę i ile chcę. Ale nie krytykuję ich, bo wielu ludziom sprawiają satysfakcję i przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
  6. Chciałam brać udział, ale w tematycznych nie pasuje mi ciągle to, że muszę dopasowywać czytane pozycje do jakiejś listy, a wolę mieć swobodę, z kolei w ilościowych się zawsze gubię po jakimś czasie i zapominam o nich. Chodziło mi po głowie wyzwanie recenzenckie, ale to może dla siebie tylko... bo komu by się chciało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Recenzenckie? Mogłoby być ciekawe. Może warto spróbować. :)

      Usuń
  7. Bardzo fajnie to opisałaś, tak lekko i przystępnie. :)
    Ja w ubiegłym roku narzuciłam sobie trzy wyzwania – 52 książki oraz dwa tematyczne. I tak jak pierwsze zaliczyłam bez problemu, tak dwa kolejne nie udało mi się zrealizować. Fakt, sięga się po gatunki, których zwykle się nie czyta, ale ja zaczęłam w końcu odczuwać pewien przymus, by czytać coś, co podpasuje kategorii wyzwania, niż to, na co faktycznie miałabym ochotę. Doszłam do wniosku, że takie wyzwania to na dłuższą metę nie dla mnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :)
      Ja w tym roku pierwszy raz biorę udział w tematycznych. Nie jest tak źle, nie czuję przymusu. Może poczuje pod koniec roku. Jak się okaże, że mało wyzwań zaliczyłam. xD Ale oby nie, staram się to właśnie traktować jak zabawę. :>

      Usuń
  8. Kiedyś próbowałam swoich sił w paru wyzwaniach, ale ostatecznie stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie. Co prawda tak czy inaczej staram się przeczytać te 52 książki rocznie, a najlepiej przekroczyć ten umowny próg, po prostu nie czuję potrzeby śledzić tych wszystkich wyzwań. Chociaż przyznam, że jestem ciekawa, ile na przykład uzbierałoby się tych centymetrów, gdybym mierzyła grzbiety przeczytanych książek. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to liczę głównie właśnie z tej ciekawości. :)

      Usuń
  9. Ja biorę udział w wielu wyzwaniach i naprawdę to lubię, choć często nie spełniam wymagań w miesiącu, mimo wszystko nie załamuję się, bo to tylko zabawa :)


    www.zksiazkadolozka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Wyzwania są fajne, jeśli tylko traktowane są jak zabawa a nie jak wspomniałaś jak wyścigi :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie ścigam się - ja po prostu szybko i dużo czytam :)
    Wyzwania są świetne i również jestem zdania, że nic na siłę, a czytanie ma być przede wszystkim przyjemnością. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak naprawdę to mocne argumenty mają tylko zwolennicy wyzwań. Bo owszem, każdy może się zatracić, przestać czerpać radość z czytania albo czytać tylko słabe książki, ale... Wszystko do czasu. Inteligenta, no a przynajmniej myśląca, jednostka w końcu zrozumie, że popełniła błąd. Bo przecież to nasze hobby i każdy wie kiedy przestanie ono sprawiać przyjemność.
    Tak myślę :)
    Ja sama biorę udział w wyzwaniu corocznym, czyli 52 książki i wychodzi mi ono różnie, początkowo motywowało, potem miałam na nie wywalone, ilość przeczytanych książek znacznie spadła. W tym roku mi się uda je ukończyć :) Przypomniałam sobie o nim i motywuje mnie właśnie do tego aby tak często nie poświęcać czasu głupotom (czasem jednak trzeba :) )
    Dodatkowo biorę udział w wyzwaniu, które tak naprawdę wyzwaniem nie jest i jest nielimitowane- to w nim lubię. To tak naprawdę blog, na którym można dyskutować o klasyce :) Sprawdzam też swoje siły w wyzwaniu "przeczytam tyle, ile mam wzrostu", ale już wiem, że raczej nie jest dla mnie- po prostu czytam za mało/za cienkie książki. Ale i tak chyba zacznę mierzyć książki regularnie- z ciekawości i dlatego, że uwielbiam wykresy :D
    Interesują mnie wyzwania tematyczne, w zeszłym roku próbowałam, ale miałam lenia i nie chciało mi się wyszukiwać odpowiednich książek :D Chyba w następnym się o nie pokuszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rowniez tak mysle. Czytanie ksiazek bez czerpania z tego przyjemnosci byloby czyms kompletnie bez sensu. Owszem, ta chec wygrywania moze nas "omamic", ale tez uwazam, ze kazdy s ie w koncu opamieta.
      Ja mierze te grzbiety glownie z ciekawosci. Nie mam pojecia, czy uda mi sie przeczytac tyle, ile mam wzrostu (szczerze to watpie :P), ale jestem ciekawa, ile taka wiezyczka mialaby centymetrow. Nie bede na sile czytac grubasow, tylko po to, zeby dopisac sobie wiecej centymetrow. :P
      Ja do wyzwan tematycznych mam taki patent, ze najpierw dopasowuje ksiazki, ktore mam, do kategorii, a jesli zabraknie mi takich ksiazek, to potem bede sie o to martwic. :P

      Usuń
  13. Jakiś czas temu miałam taki moment, że wpadłam w wyzwania dość mocno, jednak szybko dałam sobie spokój. "52 książki" i "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" przestały stanowić dla mnie zadanie już ze dwa lata temu, a nie miałam do tej pory potrzeby podnoszenia sobie poprzeczki - wtedy czytałabym zadaniowo, a zdecydowanie wolę dla przyjemności. :) Chociaż muszę przyznać, że z przyzwyczajenia nadal zapisuję przeczytane książki i ich grubość, więc mogę porównywać wyniki z kolejnych lat. Jeśli chodzi o inne rodzaje wyzwań, to przez rok brałam udział w "Czytam opasłe tomiska", ale nie dawało mi ono nic, bo nie wyszukiwałam specjalnie grubych książek, a z kolei wyzwania z zadaniami zmęczyły mnie, bo wpływały jakoś na mój czytelniczy rytm - zwykle staram się dobierać lektury do tego, na co mam ochotę, a tu musiałam kombinować i nie było to dla mnie zbyt przyjemne, zwłaszcza że mam mocny gen rywalizacji i nie chciałam sobie odpuszczać. ;) Z drugiej strony patrząc na to, jak dobrze funkcjonują wyzwania, wiem, że jest wielu czytelników, którzy mają z nich coś pozytywnego - dużo satysfakcji, no i poznają nowe książki, po które może by nie sięgnęli. Moim zdaniem to fajna opcja, tylko akurat ja do niej nie pasuję. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wlasnie, takie wyzwania moga byc problemem dla ludzi, ktorzy nie lubia przegrywac. Ale to jest wszystko w glowie, to nie wina tego, ze te wyzwania nie maja sensu. :)

      Usuń
  14. Lubię zapisywać się do wyzwań i planować, co przeczytam, ale później zazwyczaj okazuje się, że nie mam tyle czasu, żeby ze wszystkimi zabawami podołać. Albo przestaję czuć frajdę z czytania książki pasującej do zadanej kategorii. Dlatego rzadko kiedy udaje mi się ukończyć jakieś wyzwanie, ale nie popadam z tego powodu w rozpacz. Chodzi o zabawę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie, chodzi o zabawe. :) Przede wszystkim nic na sile, bo to naprawde nie ma sensu. Co nam da wygrana, jesli nie bedziemy zadowoleni z tego, co przeczytalismy? ;)

      Usuń
  15. Mam mocno negatywne podejście do wyzwań. Zawsze się lekko podśmiewałem z moich znajomych, którzy biorą udział w fejsbukowych wydarzeniach "przeczytam 52 książki w 2016". To trochę takie jakby zmuszanie się do czytania, jakby czytanie traciło całą przyjemność, bo MUSZĘ przeczytać te 52 książki. Osobiście nie starałem się nigdy zmuszać do czytania, przez co nie czytałem lektur w szkole. Samą przyjemność z czytania odkryłem stosunkowo niedawno, a po sprawdzeniu mojej półki na LC z tego rok wychodzi mi ponad książka na tydzień bez żadnych wyzwań :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym ze jestem pewna, ze znaczna wiekszosc tych ludzi podchodzi do tego wyzwania inaczej, niz myslisz. Nie ze "musze", ale ze "chce" czy "moge". Tak jak pisalam w poscie - to rywalizacja z soba samym, stawianie sobie celow, a nie przymus.

      Usuń
  16. W sumie to ja nigdy nie biorę udziału w wyzwaniach na zasadzie, że będę się im podporządkowywać. Czytam książkę - pasuje do wyzwania, fajnie, nie pasuje, trudno, ale przeczytać i tak chcę. A 52 książki traktuję raczej jako sposób zorientowania się, jak mi w danym roku poszło. Wyzwania zachęcają do tego, by zamiast po komputer/telewizor/cokolwiekmarnującegoczas sięgnąć właśnie po książkę. I to jest dobre :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robie dokladnie to samo. Dopasowuje kategorie do ksiazek, a nie ksiazki do kategorii. :P I tak, zdecydowanie to jest motywacja, aby nie tracic czasu bez sensu przed telewizorem. Ja caly czas nad tym pracuje, bo czesto sie lapie na tym, ze ogladam glupoty w telewizji, ktore nic mi nie dadza, nawet niespecjalnie mi sie podobaja, a moglabym czytac w tym czasie i na pewno bylby z tego pozytek. :P

      Usuń
  17. Świetny post! Bardzo cieszę się, że wyjaśniłaś te dwa najpopularniejsze wyzwania, bo nie do końca wiedziałam o co w nich chodzi :/

    Pozdrawiam, Jabłuszkooo ♡
    Szelest stron - kilk!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sporo osób nie wie, o co chodzi i mylnie je postrzega. Cieszę się, że pomogłam. :)

      Usuń
  18. Lubię wyzwania czytelnicze, o ile faktycznie mają służyć zabawie, poszerzaniu horyzontów i własnej satysfakcji. Nie cierpię natomiast, gdy zamieniają się w wyścig szczurów, gdzie ci, którzy przeczytali więcej są uważani za "lepszych".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, ale to wszystko wina podejścia ludzi, a nie wyzwań samych w sobie. :)

      Usuń
  19. Myślę, że Twój post okaże się przydatny dla wielu osób. Nawet dla mnie, bo teraz na temat wyzwań wiem nieco więcej. Na co dzień nie biorę w nich udziału, bo wolę jakość tak nie czuć się względem niczego zobowiązana. Niemniej jednak kto wie, może kiedyś spróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że pomogłam. :) Spróbować zawsze warto, przecież nie zaszkodzi, a może się okazać, że będziesz się dobrze bawić. :D

      Usuń
  20. Fajnie i ciekawie napisany post. :)
    Ja osobiście nie bawię się w wyzwania. Kiedyś spróbowałam, ale zauważyłam, że nie były dla mnie zabawą tylko zniechęcającym przymusem, więc zrezygnowałam.
    Za to w czasach gdy prowadziłam swojego bloga bardzo lubiłam się bawić w coś w rodzaju literackiego bingo, gdzie przeczytaną książkę dopasowywałam do jednego skojarzenia, które potem skreślałam z planszy. I była to naprawdę bardzo fajna zabawa - jeśli ktoś nie zna to polecam! :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Uwielbiam ksiażkowe wyzwania, bo jak mówiłaś, są dla mnie szansą na poszerzenie swoich czytelniczych horyzontów a także po prostu podniesieniem sobie wyżej poprzeczki.
    Natomiast wydaje mi się, że osoby krytykujące wyzwania mają do nich dużo mniej dystansu niż biorący w nich udział. Dlaczego? Otóż, oni myślą, że komuś naprawdę zależy tylko na tym, by wyzwanie "zaliczyć", ale przecież nie o to w tym chodzi. Ja nie znam nikogo, kto, tak jak mówisz, czyta tylko książeczki dla dzieci, żeby zaliczyć wyzwanie.

    OdpowiedzUsuń