23 września 2016

[83] Opowieść o życiu – „Zanim się pojawiłeś” + wrażenie z czytania po angielsku po raz pierwszy + książka vs film

Autor: Jojo Moyes
Tytuł oryginału: Me before you
Ilość stron: 498 (wersja anglojęzyczna)
Literatura: angielska
Wydawnictwo: Penguin Books
Seria: Zanim się pojawiłeś (tom I)
Moja ocena: 9/10
Wyzwania:
  • 52 książki 2016 (45/52)
  • przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3 cm)
 
 
Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj.

Jojo Moyes urodziła się w 1969 roku w Londynie. Jest dziennikarką i pisarką. Przez dziesięć lat pracowała dla „The Independent”, a obecnie pisze artykuły do „The Daily Telegraph”. W 2002 roku zadebiutowała powieścią „Sheltering Rain” (niewydana w Polsce). Obecnie na koncie ma dwanaście publikacji. „Me before you” ukazało się w 2012 roku (w Polsce rok później), ale największy rozgłos zyskało za sprawą ekranizacji, która ukazała się w kinach w czerwcu tego roku.

Louisa Clark właśnie straciła swoją ukochaną pracę w kawiarni i jak najszybciej musi znaleźć nową. Nie mogąc wyszukać nic lepszego, Lou podejmuje pracę w domu Traynorów. Ma opiekować się mężczyzną, który w wyniku wypadku jest sparaliżowany i nie ma żadnych perspektyw na wyleczenie. Z początku Will i Lou nie dogadują się zbyt dobrze, z czasem jednak odnajdują nić porozumienia. Jednak rodzina Traynorów skrywa pewien sekret i wkrótce wychodzi na jaw, po co tak naprawdę zatrudniono Louisę. Czy w sześć miesięcy da się zmienić czyjeś podejście do życia, pokazać mu, że mimo przeciwności losu, może być ono nadal pełne szczęścia? Czy miłość naprawdę może przezwyciężyć wszystko?
 
 
„Zanim się pojawiłeś” to książka, o której nie dało się nie słyszeć w ostatnich miesiącach. Pamiętam, że przed premierą filmu trudno było dostać to inne niż filmowe wydanie, a cena tej książki grubo przekraczała cenę okładkową na różnych aukcjach. Nie bardzo rozumiałam wtedy, dlaczego wywołała tyle zamieszania. Wydawała mi się zwyczajnym romansem i nie byłam nią zbytnio zainteresowana. Później jednak wszyscy zaczęli zachwycać się filmem i w końcu nie wytrzymałam – zapewne sporo przepłaciłam, ale pod wpływem impulsu kupiłam wersję oryginalną, anglojęzyczną, na Bristolskim lotnisku. A niedługo później przeczytałam – i wszystko stało się jasne.

Człowiek ma tylko jedno życie. I właściwie ma obowiązek wykorzystać je najlepiej, jak się da.

Książka zaczyna się właściwie niewinnie. Autorka sporo miejsca poświęciła na wprowadzenie czytelnika w sytuację rodziny Clarków – poznaje nie tylko Lou, ale także jej mamę, tatę, siostrę i siostrzeńca. Przewija się również wątek jej związku z Patrickiem. Od początku widać, że Louisa to osoba nieszablonowa, oryginalna i wyróżniająca się. Oprócz drobnych kłopotów finansowych, sytuacja wydaje się właściwie sielankowa. I nie zmienia się to nawet wtedy, gdy Lou zaczyna pracę u Traynorów i poznaje Willa. Ta dwójka z początku nie bardzo się lubi, więc tak jak i Louisa czytelnik nie ma zbyt wielu okazji do zapoznania się z Willem. W końcu jednak znajdują ze sobą wspólny kontakt, zaczynają się poznawać. Klimat zmienia się w momencie, w którym Lou poznaje prawdziwe powody, dla których została zatrudniona. Dla czytelnika to impuls, że to będzie coś więcej niż tylko romans. Że autorka podejmie o wiele trudniejsze i poważniejsze tematy. Będzie o życiu po wypadku, który zmienia dosłownie wszystko, będzie o śmierci, która była blisko i być może powinna nadejść, będzie o decydowaniu o samym sobie, będzie o korzystaniu z życia, póki można, próbowaniu nowych rzeczy, łapaniu chwili, poszerzeniu horyzontów, zamiast stania w miejscu i marnowania czasu. I owszem, będzie o miłości, ale moim zdaniem to nie miał być i nie jest główny wątek tej książki. Choć niestety zauważyłam, że sporo ludzi nie podziela mojego zdania.

- Wiesz, pomóc można tylko komuś, kto tego chce - powiedziała wreszcie.

„Zanim się pojawiłeś” to opowieść o życiu. W przeróżnym rozumieniu. Louisa i Will to tak naprawdę dwie strony barykady. Lou, mimo swoich dwudziestu sześciu lat, tak naprawdę nigdy nie wykorzystała młodości i swoich możliwości. Nie korzysta z życia, nie rozwija się, nie próbuje nowych rzeczy, nie idzie naprzód – stoi w miejscu, bo tak jest bezpiecznie. Will przed wypadkiem był jej całkowitym przeciwieństwem – korzystał z życia maksymalnie, żył tak, aby nie żałować, że czegoś się nie zrobiło. Trudno jest więc dziwić się temu, że po wypadku, będąc całkowicie unieruchomionym i bardzo zależnym od pomocy drugiego człowieka, nie jest w stanie pogodzić się z takim stanem rzeczy, że czuje się obco w swoim ciele, nie może przywyknąć do takiego życia. I trudno jest również dziwić się, że widząc Lou i to, jak marnuje czas, próbuje zmienić jej sposób życia. Z drugiej strony to też opowieść o tym, że człowiek należy tylko do siebie i tylko on powinien o sobie decydować, bo wie najlepiej, co jest dla niego dobre. Ale także o tym, że z pewnego punktu widzenia traci swoją niezależność, gdy wchodzi w relację z innymi ludźmi. Nie czarujmy się, nie owijajmy w bawełnę i powiedzmy to wprost – Jojo Moyes podjęła się w tej książce tematu eutanazji, a to coś bardzo kontrowersyjnego. Podobało mi się jednak to, że stworzyła postaci odpowiadające obu stronom sporu – bohaterów przeciwnych eutanazji oraz będących jej zwolennikami – jednocześnie nie opowiadając się za żadną, nie wciskając w tę powieść Jedynego Dobrego Spojrzenia Na Ten Temat i pozwalając, by czytelnik sam wybrał, po której stronie barykady chce stanąć. Muszę tu jednak dodać, że czytając niektóre opinie, byłam nieco zawiedziona tym, jak ludzie potrafią, za przeproszeniem, zgnoić książkę, tylko dlatego, że jej zakończenie nie odpowiada ich przekonaniom. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie istnieje coś takiego jak obiektywna recenzja, jednak uważam, że recenzent powinien jak najbardziej dystansować się od swoich poglądów i nie oceniać historii czy bohaterów przez ich pryzmat.

 
Nie chciałabym się więcej rozpisywać o tej książce, bo mam wrażenie, że na jej temat zostało powiedziane już bardzo dużo i kolejna opinia, w której ktoś zachwalałby jej poszczególne elementy, nie za bardzo ma sens. Powiedziałam, o czym według mnie ona jest i wydaje mi się, że to wystarczy. Ale to nie koniec tego posta! Jak napisałam już wyżej, czytałam tę powieść w oryginale. „Me before you” to pierwsza książka, którą przeczytałam po angielsku. Miałam już kilka prób do czytania w tym języku, ale nigdy mi nie wychodziło. Tym razem się zawzięłam i w końcu się udało. Z początku nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Byłam przerażona tym, jak długo szło mi czytanie jednej strony, bo sprawdzałam każde pojedyncze słówko, którego nie rozumiałam. I to był, wbrew pozorom, błąd. Nie chodzi o to, żeby rozumieć każdy wyraz, ale aby rozumieć kontekst. Słowa warto sprawdzać wtedy, kiedy nie wiemy, o co chodzi w całym zdaniu i co się właśnie wydarzyło w książce. Bo jeśli skupimy się na sprawdzaniu znaczenia każdego wyrazu, to zupełnie stracimy płynność czytania i zgubimy kontekst. A lepiej jest wiedzieć, co się działo w na przykład danym akapicie niż znać znaczenie na przykład jakiegoś przymiotnika, który nie jest aż tak istotny. Poza tym zrobiłam jeszcze jeden błąd. Wydawało mi się, że jeśli zacznę czytać na głos, to lepiej zrozumiem, co się dzieje. A to zupełna nieprawda, bo wtedy zaczęłam skupiać się na tym, czy dobrze wymawiam dane słowo. I znowu traciłam płynność i gubiłam kontekst. Kiedy stwierdziłam więc, że obie te rzeczy są bez sensu, po prostu potraktowałam tę książkę jak każdą inną, dałam się porwać fabule i w końcu przestałam zauważać to, że nie czytam po polsku. Tak więc jeśli zastanawiacie się, czy zacząć czytać po angielsku lub w jakimś innym języku – nie ma nad czym myśleć. Po prostu to zróbcie. Spróbujcie. Moim zdaniem warto. Na pewno będę robić to częściej.

A teraz co do filmu. Nie wypowiem się co do wyboru aktorów, bo zanim zaczęłam czytać książkę, wiedziałam, kto gra w filmie i wszyscy mi pasowali, bo nie miałam wykreowanego obrazu tych postaci w mojej głowie (no okej, poza jedną osobą... bo co tam robił NEVILLE?!). Zresztą jeśli jesteście częstymi gośćmi u mnie, to być może wiecie, że kinomaniakiem nie jestem i nie znam się na filmach. Więc właściwie wyrażę swoje zdanie tylko co do tego, jak bardzo wierna książce jest to ekranizacja.
 
 
 Jak wspominałam w recenzji, na początku akcja jest dość powolna, autorka poświęca trochę stron na wprowadzenie czytelnika do rodziny Clarków. W filmie poszło to zdecydowanie szybciej i szczerze mówiąc, jak dla mnie wyszło to na plus. To jest ten przypadek, kiedy autor rozpisał się o rzeczach, które dla fabuły nie są aż tak istotne, by poświęcać im tyle miejsca. W filmie z tego zrezygnowano i chociaż na początku byłam trochę tym zaskoczona, to ostatecznie uznałam to za zaletę. Niestety to nie koniec skrótów. Na przykład zupełnie wycięto wątek siostry Willa, a szkoda, bo chociaż nie był jakoś bardzo ważny, to pasował mi w książce i do całej sytuacji, w której znalazła się rodzina Traynorów. Jednak największym minusem tego filmu, właściwie jedynym znaczącym minusem, jest zbyt szybki rozwój relacji Willa i Lou. W książce następowało to stopniowo, powoli, było o wiele bardziej prawdopodobne niż w filmie. Z jednej strony rozumiem – książka ma 500 stron (w wersji anglojęzycznej), a film trwa niecałe dwie godziny. Nie da się zrobić tak, by przedstawić wszystkie wątki i jeszcze zrobić to w odpowiednim tempie. Jednak szczerze mówiąc, nie obraziłabym się, gdyby film potrwał, powiedzmy, pół godziny dłużej. W tym czasie można byłoby lepiej przedstawić rodząca się między Willem a Lou więź.
 
 
 
Jednak nie myślcie sobie, że jestem tym filmem zawiedziona. Właściwie wręcz przeciwnie – zaskoczyło mnie to, jak dobrze oddano historię przedstawioną w książce. Rzadko zdarza mi się chwalić ekranizacje, ale w tym przypadku muszę przyznać, że twórcy się postarali i stworzyli coś, co jest bardzo zbliżone do oryginału. Książka jest oczywiście lepsza, ale tylko trochę, bo to naprawdę wierne jej odwzorowanie. Chciałabym, żeby wszystkie ekranizacje były takie. 


źródło zdjęć z filmu: warnerbros.co.uk

16 komentarzy:

  1. Ja mam w planach najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzę film.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I prawidłowo. :) Mam nadzieję, że i książka, i film przypadną Ci do gustu. :)

      Usuń
  2. Też skończyłam niedawno czytać "Me before you". Ja oczywiście na ogół musiałam sprawdzać prawie każde słowo, którego nie znałam :D Ja wiem, że lepiej się czyta kiedy się tego nie robi, ale... JA PO PROSTU MUSZĘ! :D Chyba nigdy nie wyplenię tego okropnego nawyku, a czytałam już kilka książek po angielsku :] Dlatego spędziłam z nią coś ponad miesiąc...
    Co do samej książki uważam, że jest całkiem niezła, pozytywnie mnie zaskoczyła. A film obejrzę już niedługo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie by właśnie dobiło to, gdybym czytała tę książkę miesiąc i wtedy raczej już nie sięgnęłabym tak ochoczo po kolejną książkę po angielsku. Ale jeśli Tobie to pasuje, to po co to zmieniać? :D Miłego oglądania filmu, mam nadzieję, że również Ci się spodoba. :)

      Usuń
    2. Średnio pasuje :D Ale po prostu nie potrafię inaczej... Kilka stron przeczytam bez ciągłego otwierania słownika, ale po jakimś czasie wracam do tego nawyku. Nie wiem jak to zmienić :,)

      Usuń
  3. "Zanim się pojawiłeś" mam od dawna w swoich planach, ale jednocześnie nie do końca mnie do tej powieści ciągnie. Może dlatego, że znam zakończenie i w sumie ciężko jest go nie odgadnąć, gdy zna się tytuł drugiej części, a może ciężko jest mi sięgnąć po tę książkę ze względu na wspomniany przez Ciebie wątek eutanazji. Z jednej strony powinien to być plus - uwielbiam, gdy autorzy podejmują ciężkie tematy, a jednocześnie nie wciskają nam jedynej prawdy objawionej - jednakże ta konkretna problematyka zawsze mnie od siebie odrzuca.

    Pozdrawiam cieplutko
    Kasia z bloga KsiążkoholizmPostępujący

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też znałam zakończenie i przez to z dużą rezerwą podchodziłam do tej książki. Ale wiesz co? W trakcie czytania odkryłam, że to nie jest książka, która ma zaskakiwać, a zakończenie jest raczej z góry znane. Chodzi raczej o treść i wydźwięk. Temat eutanazji oczywiście jest trudny i jeśli nie czujesz się na siłach czytania czegoś takiego, to na razie sobie odpuść. Może kiedyś zmienisz zdanie, bo na razie nie ma co się zmuszać. :)

      Usuń
    2. W zasadzie nie wiadomo czy Will umrze w tej części :> Ale tak, tytuł jest beznadziejny...

      Usuń
  4. Nie wiem jak to się stało, że do tej pory nie dodałam się do obserwujących Twojego bloga - no ale cóż, już to nadrabiam.
    Co do samej książki - czytałam i przyznam się, że to historia, jaka wycisnęła z moich oczu morze łez. Ale ja to jestem wrażliwcem, więc nic dziwnego. Niemniej fakt faktem to piękna opowieść o życiu - o tym, jak bardzo jest kruche i w jednej chwili może ulec całkowitej zmianie. Piękna opowieść.
    Filmu nie oglądałam jeszcze, chociaż chciałam to zrobić, jakoś nie było mi dane póki co. Mam nadzieję jednak, że mimo wszystko nie będę zawiedziona ekranizacją, bo na ogół większość z nich potrafi, za przeproszeniem, całkowicie spieprzyć książkę. Ale skoro zapewniasz, że ten film to akurat naprawdę dobre odwzorowanie książki, to chyba zaryzykuję.
    Pozdrawiam,
    Ania.

    http://chaosmysli.blogspot.com - będzie mi miło, jeśli zajrzysz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Po pierwsze - przepiękne zdjęcia! *.*
    Po drugie - kocham tą historię, zarówno w książkowej jak i w filmowej wersji. ♥♥♥
    Dawno nie płakałam przy książkach, a ta wylała za mnie morze łez i na pewno jeszcze nie raz po nią sięgnę.
    Pozdrowionka! ;)

    http://recenzjeklaudii.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Książka już za mną - podobało się :) Teraz czas na film, który obejrzę z przyjemnością, jeśli nadarzy się taka okazja :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z twoją opinią- uwielbiam tę książkę i również uważam, że wątek romantyczny nie jest tu wątkiem głównym, wbrew temu, co można by sobie pomyśleć już po samym opisie książki :)
    A w ekranizacji również brakowało mi pokazania tego, jak rozwijała się relacja Willa i Lou, i to uznaję za wadę filmu, chociaż ogółem rzecz biorąc podobał mi się. Nie jest jednak lepszy od swojego książkowego pierwowzoru :) /Klaudia

    OdpowiedzUsuń
  8. Film widziałam i dopiero później zaczęłam czytać książkę, której nie byłam w stanie dokończyć. Styl autorki jest tak toporny i ciężki w odbiorze, że nie dałam rady i do "Zanim się pojawiłeś" wracać raczej nie zamierzam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mi książa nie przypadła do gustu. Była przewidywalna i nawet łza nie spłynęła... Za to film bardzo mi się podobał, ponieważ uwielbiam tych aktorów :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam identyczne zdanie co Ty, jeśli chodzi o książkę i o ekranizację :) Ogólnie bardzo podoba mi się Twój blog, dołącza do grona obserwowanych! <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Już myślałam, że napiszę "całkowicie się z Tobą zgadzam w każdym aspekcie Twojego postu", ale jednak nie. Nie zgadzam się, że film był dobry. Według mnie fakt spłycenia relacji pomiędzy Willem i Lou całkowicie rozsypał głębię i przesłanie, które znalazłam w książce. Zabrakło mi sceny w labiryncie, która była niejako punktem zwrotnym, dzięki któremu Lou zaczęła widzieć, że do tej pory to ona żyła jak paralityczka niczego nie doświadczając. Ta scena dała też szansę Willowi poczuć, że może komuś pomóc mimo swojej niepełnosprawności. Zgadzam się, że w filmie nie da się wszystkiego upchnąć, ale zabrakło mi pokazania tego rozwoju Louisy oraz jej rozmów na forum (w tej roli mogliby nawet wcisnąć Nathana, żeby nie utrudniać sobie życia przekazywaniem pisanej treści). To one uświadamiały ogrom tragedii osoby sparaliżowanej i przedstawiały różne punkty widzenia. Bez tych informacji oraz rozbudowania więzi głównych bohaterów (czy może raczej w ogóle więzi między wszystkimi postaciami) film stał się przeciętnym romantycznym dramatem. I całkowicie zepsuli panią Traynor...

    Za to zgadzam się, co do samej książki: była to niezwykle udana powieść, dużo trudniejsza niż się wydawało, poruszająca multum istotnych kwestii. Niezmiernie żałuję, że przeczytałam ją po polsku, bo jednocześnie jest tak zła pod względem stylistycznym, jak to tylko możliwe.

    I zgadzam się, że niektórzy nie potrafią kulturalnie wyrazić swojego zdania, czując rozczarowanie lub krytykując temat książki.

    I na zakończenie: zgadzam się z Twoim podejściem do czytania książek po angielsku. Co prawda sama potrzebuję kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu stron, żeby zacząć czytać, a nie tłumaczyć sobie każde słowo na język polski, ale zdecydowanie ma to sens. Mimo to najczęściej czytam na czytniku z wgranym słownikiem angielsko-polskim, dzięki czemu sprawdzanie słówek nie zajmuje wiele czasu.

    Pozdrawiam i życzę wielu sukcesów :)

    OdpowiedzUsuń