3 listopada 2018

[227] Sprawa życia i śmierci – „Wielki Marsz”


Stephena Kinga nie trzeba przedstawiać – nawet ci zupełnie niezainteresowani powieściami grozy zapewne znają to nazwisko. Jednak pewnie już tylko ci wtajemniczeni wiedzą, że przez pewien czas King wydawał także pod pseudonimem Richard Bachman. Wydawanie jako Bachman rozpoczął w 1977 roku – czyli zaledwie trzy lata po ukazaniu się „Carrie”, jego debiutanckiej powieści opatrzonej nazwiskiem King – kiedy to wyszedł „Rage”, znany polskiemu czytelnikowi także jako „Gniew”, książka, która po jednej z masakr w amerykańskiej szkole zgodnie z wolą Kinga nie była już wznawiana. Tak naprawdę jednak pierwszą napisaną przez Kinga powieścią ma być właśnie „Wielki Marsz”, który publikacji doczekał się ostatecznie w 1979 roku i ukazał się pierwotnie właśnie jako książka Richarda Bachmana. Można więc mówić tu o młodzieńczej książce Kinga – autor napisał ją bowiem w wieku zaledwie dwudziestu lat. Co z tego wyszło?


Bliżej nieokreślona przyszłość, Stany Zjednoczone. Rusza właśnie coroczne wydarzenie, który śledzą miliony ludzi – Wielki Marsz. Weźmie w nim udział setka chłopców, ale dla dziewięćdziesięciu dziewięciu z nich stawka okaże się najwyższa. Zadanie polega na maszerowaniu wyznaczoną trasą bez zatrzymywania się – jeśli któryś z chłopców zwolni poniżej dozwolonej prędkości, dostaje ostrzeżenie. Trzy ostrzeżenia to koniec. Koniec wszystkiego. Meta będzie tam, gdzie odpadnie ostatni. Wygra ten, który pozostanie. 

„Wielki Marsz” nie robi wrażenia, kiedy się na niego patrzy – liczy sobie nieco ponad dwieście stron, jest więc stosunkowo cieniutki, a zapowiedź długiego marszu przez kolejne miasta Stanów Zjednoczonych nie zapowiada zbyt wielu emocji. A jednak treść tej książki, to, co się tam dzieje i to, co zostaje czasami w sferze domysłu – to sprawia, że „Wielki Marsz” robi mimo swej niepozorności ogromne wrażenie i zapada w pamięć. To jedna z lepszych powieści Kinga, jakie czytałam – a było ich już osiemnaście.

Muł nie lubi orać. Ale lubi marchewki. Więc wieszasz mu przed nosem marchewkę. Muł bez marchewki łatwo ulegnie wyczerpaniu. Muł z marchewką potrzebuje długiego czasu, żeby się zmęczyć.

King w latach sześćdziesiątych napisał powieść, która uderza w reality show. Bo Wielki Marsz jest właśnie czymś takim – z tym że nie jest transmitowany w telewizji. Można za to przyjść na trasę marszu i dopingować wybranego uczestnika. King dał w niej świetny pokaz wyczucia tego, co przyniesie przyszłość; w dzisiejszych czasach producenci prześcigają się w coraz to nowszych pomysłach na tego typu programy, niejednokrotnie rzucając ich uczestników w niebezpieczne sytuacje. Oczywiście mamy raczej świadomość tego, że wszystko jest wyreżyserowane, że telewizja wiele podkoloryzowuje i wyolbrzymia, niemniej u Kinga scenariusz jest zdecydowanie bardziej mroczny. King pokazuje rzeczywistość, w której ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, o co tak naprawdę toczy się walka. Zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że z setki nastolatków na koniec pozostanie przy życiu tylko jeden. Bo Wielki Marsz właśnie to oznacza – śmierć dziewięćdziesięciu dziewięciu z nich, śmierć potworną, poprzedzoną wielkim wysiłkiem, głodem i bólem, śmierć zupełnie bezsensowną. Jest to jeden z najbardziej makabrycznych obrazów reality show, z jakim się spotkałam, choć przecież chłopcy nie walczą ze sobą nawzajem, często wręcz sobie pomagają, a na czas marszu zawiązują się także niekiedy przyjaźnie. 

– Mam nadzieję, że nie będzie ciemno – powiedział Baker. – Nie proszę o nic więcej. Jeśli jest jakieś... potem, to mam nadzieję, że się pamięta. To okropne musieć wiecznie błąkać się w ciemności, nie wiedząc kim byłem, ani co tam robię, nie wiedząc nawet, że kiedyś otaczało mnie co innego.

Głównym bohaterem „Wielkiego Marszu” jest Ray Garraty, któremu zdaje się kibicować chyba cały stan Maine. To on prowadzi czytelnika przez długie kilometry marszu, ale tak naprawdę jest jednym z wielu – nie ma szczególnej historii i szczególnych motywacji, nie jest szczególnie nastawiony na wygraną, nie wyróżnia się żadną szczególną cechą, nie ma też szczególnej taktyki ani w ogóle nie jest szczególny. Niczym się nie odznacza, na tle niektórych innych postaci wypada wręcz mało wyraziście, ale mam wrażenie, że o to Kingowi chodziło. Na główną postać wybrał takiego chłopca, który bez problemu wtopi się w tłum, nie będzie przeszkadzał w czytelnikowi we wczuciu się w sytuację, umożliwi za to poznanie innych uczestników marszu. Bo faktycznie w „Wielkim Marszu” występuje szeroki wachlarz postaci. Autor nie sili się na sportretowanie całej setki chłopców, mimo to dokładnie opisuje kilku z nich, a kilkunastu kolejnym nadaje cechy charakterystyczne. Informacje na ich temat są ograniczone do niezbędnego minimum – do czegoś, co po prostu ich określi, nawet jeśli tym czymś jest specyficzna śmierć. Na uwagę zasługują za to relacje, jakie się między nimi nawiązują. Niektórzy to typowi outsiderzy, skupieni na sobie i niewyróżniający się w tłumie, przemierzający kolejne kilometry samotnie. Inni też maszerują w pojedynkę, ale wyraźnie zwracają na siebie uwagę, są aroganccy i pewni siebie. Jeszcze inni od razu formują grupki, mniejsze lub większe, zawiązują sojusze, są skorzy do pomocy, choćby miłym słowem, mimo że przecież każdy z nich walczy o najwyższa stawkę i śmierć innej osoby przybliża ich do wygranej. Różne są też taktyki – jedni wolą maszerować w jednostajnym tempie, inni wysuwają się od razu na początek, a potem zwalniają, idąc z minimalną dopuszczalną prędkością. Jedni wolą co jakiś czas przystanąć lub na chwilę usiąść, zebrać dwa ostrzeżenia i czekać, aż się wyzerują, balansując jednocześnie na granicy życia i śmierci, drudzy starają się w ogóle nie przerywać marszu i nie zwalniać poniżej minimalnej prędkości. W jakimś sensie fascynujące jest patrzenie na to, jakie te wszystkie podejścia mają konsekwencje, jaki mają one wpływ na późniejsze wydarzenia. Cały czas jednak z tyłu głowy czytelnik ma to, że wystarczy jeden błąd, jedna chwila słabości lub przypadek, żeby kolejny nastolatek pożegnał się z życiem.

Nie przynosimy niczego na ten świat, a już bankowo niczego nie zabieramy.

Fascynujące jest też oglądanie tego, jak zmienia się nastrój podczas marszu. Z początku wszyscy są pełni zapału, ale wraz z pierwszą śmiercią coś bezpowrotnie ulega zmianie. To ten moment, w którym wszyscy – i zawodnicy, i czytelnik – zdają sobie sprawę z tego, że to wszystko jest na poważnie, że ci chłopcy naprawdę będą maszerować do utraty tchu, a jeśli nogi odmówią im posłuszeństwa, zostaną zabici. Im dalej, tym atmosfera się coraz bardziej zagęszcza. Z jednej strony przeraża wszechobecność i bliskość śmierci, z drugiej – każda kolejna oznacza to, że pozostający jeszcze przy życiu mają coraz większe szanse na wygraną. Poza tym wraz z przybywającymi kilometrami zaczynają się też różne problemy. Ciało jest wycieńczone, pragnie odpoczynku, nogi odmawiają posłuszeństwa, bolą, chłopców spotykają różne kontuzje, ich mięśnie sztywnieją – a przecież to właśnie siła ich ciała ma znaczący wpływ na to, że któryś z nich w końcu wygra. Koncepcja tego marszu jest iście Darwinowska – przetrwa ten najsilniejszy. 

Muszę jeszcze słowo wspomnieć o języku. Jak to zwykle u Kinga bywa, jego styl jest niezwykle luźny, lekki, chciałoby się powiedzieć: samoczytający się. Jest przy tym dość neutralny, choć dialogi wypadają niezwykle realistycznie i dobrze odzwierciedlają sposób mówienia i myślenia chłopców biorących udział w marszu. Jest jednak jedno takie wyrażenie, które, kiedy je rozszyfrowałam, mocno do mnie trafiło. Wcześniej nie bardzo orientowałam się, o czym tak naprawdę jest „Wielki Marsz”, więc kiedy zaczęłam czytać, z początku w konsternację wprawiało mnie sformułowanie „dostać czerwoną kartkę”. Pojawia się często zwłaszcza z początku i oznacza to, że ktoś umiera – a ściślej mówiąc, zostaje zabity przez pilnujących marsz żołnierzy. Zostaje więc krótko mówiąc zastrzelony. To jedno sformułowanie jeszcze bardziej pogłębia wrażenie, że mało kto – czy to z uczestników, czy to z widzów – zdaje sobie sprawę z tego, o jaką stawkę toczy się gra. Śmierć zostaje sprowadzona do czerwonej kartki – oznaki zejścia z boiska i zakazu brania udziału w dalszej grze. Tylko że piłkarz ukarany czerwoną kartką kiedyś do tej gry wraca – czy to w kolejnym, czy jeszcze którymś z kolei meczu. W „Wielkim Marszu” zaś to absolutny koniec, koniec wszystkiego. Uśmiercony chłopiec już nigdy nie wróci do rodziny i nie dorośnie. Umrze w wyniku postrzału na środku jakiejś drogi i na zawsze pozostanie jednym z wielu uczestników, których spotkał taki sam los, którzy nigdy nie dotarli do mety i nie wygrali Wielkiego Marszu.

Idziesz albo umierasz, taki jest morał tej opowiastki.

Wreszcie wrażenie robi samo zakończenie książki. W Wielkim Marszu chodzi o to, aby się dowiedzieć, kto wygrał – mam wrażenie jednak, że w „Wielkim Marszu” nie chodzi o tożsamość wygranego, a o to, co wygrał i czy w ogóle tak naprawdę jest wygrany. Zakończenie jest niesamowicie enigmatyczne, pozostawia pewne niedopowiedzenia, pole do popisu dla czytelnika. Można je odczytać na co najmniej kilka sposobów i każdy z nich będzie dobry. Można nawet wysnuć tezę, że jest niezwykle metaforyczne. I z pewnością idealnie pasuje jako zwieńczenie tej historii.

„Wielki Marsz” nie jest raczej typową Kingowską powieścią grozy, mimo wszystko polecam tę książkę wszystkim, nawet tym, którzy jeszcze nie zaczęli swojej przygody z tym autorem lub zaczęli, ale się z nim nie polubili. Podziwiam Kinga za to, że potrafił tak wiele pokazać w tak krótkiej opowieści. Poza tym, że dostarcza sporą dawkę rozrywki, jest też dobra do interpretacji na wielu płaszczyznach. Krytyka i wręcz karykaturalne ukazanie reality show to tylko jedna z nich, ta najbardziej oczywista. King jednak zahacza tu o znacznie więcej tematów, ale te polecam Wam znaleźć samodzielnie. Całym sercem polecam.

Informacje o książce:
Autor: Stephen King (jako Richard Bachman)
Tytuł oryginalny: The Long Walk
Ilość stron: 264
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Moja ocena: 9/10

5 komentarzy:

  1. To jedna z książek Kinga, która zrobiła na mnie największe wrażenie. Ta makabra, ten realizm. Coś niesamowitego.

    OdpowiedzUsuń
  2. To również jedna z moich ulubionych. Pokazuje coś niesamowitego i jest przerażająca w swoisty sposób, głębszy, niż literatura grozy. Mistrzostwo.

    mrs-cholera.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam tę książkę i nie powiedziałabym, że ludzie nie wiedzą, co się dzieje z chłopakami, którzy dostaną trzecie ostrzeżenie. Oni doskonale zdawali sobie z tego sprawę, co więcej – tylko na to czekali. Niczym ludzie z Kapitolu na śmierć trybutów, którzy zagrażali im faworytom w drodze ku zwyciestwo. Ale fakt – King wyśmiewa tutaj wszelakie reality-show, pokazuje je w krzywym, krwawym zwierciadle, pokazując, że lada moment będziemy szukać rozrywki w zupełnie innej sferze.
    A co do języka, to nie powiedziałabym, że był prosty. Z początku ciężko było mi się przyzwyczaić do jakości rozmów prowadzonych przez uczestników Wielkiego Marszu. Niekiedy wulgarne kwestie powodowały, że się krzywiłam, ale po czasie przywykłam do tego. Po prostu ludzie zaczynający przygodę z tym autorem miewają ciężej z czymś takim. ;) Za to obawiałam się monotonności. Że będzie coś w stylu „idą i idą, i idą...”, ale King dał sobie z tym radę.
    Książka była dobra, ale przypuszczam, że King stworzył znacznie lepsze dzieła.

    DEMONICZNE KSIĄŻKI

    OdpowiedzUsuń
  4. Tej książki Kinga jeszcze nie czytałam. Nie wiem czy sięgnę w najbliższym czasie, bo czasu tak mało a książek wciąż przybywa ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje zaległości w Kingu są straszne, ale tę książkę chciałąbym przeczytać. Przerażający pomysł z marszem, ale w dzisiejszym świecie właśnie takie okrucieństwo najbardziej się wybija.

    OdpowiedzUsuń