13 października 2014

[3] Szalona miłość współcześnie — „Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości”

Autor: Jakub Żulczyk
Liczba stron: 168
Wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża
Język oryginału: polski

Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz, chodź, pocałuję cię w trzecie oko, chodź, pocałuję cię w czoło, w głowę, w stopę, w pępek, w kolano, w knykieć, w sutki, w pępek, w duszę, chodź, pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz.
W samo serce.



Jakub Żulczyk urodził się w 1983 roku w Nidzicy. Ukończył dziennikarstwo oraz american studies na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracował z wieloma pismami, m.in. „Wprost”, „Lampa”, „Metropol”. Był także współprowadzącym programu „Redakcja kultury” w TVP2. Obecnie wraz z Sokołem prowadzi autorską audycję „Instytut Prost” w Radiu Proxy. Na swoim koncie posiada pięć powieści, a wkrótce wydana zostanie następna. Sam o sobie mówi: „Niezależny publicysta, recenzent, felietonista, bloger. Konsument śmieci. Wzorowy odbiorca kultury masowej”.

„Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości” to debiutancka powieść Żulczyka wydana w 2006 roku nakładem wydawnictwa Lampa i Iskra Boża. Jednym z dwóch głównych bohaterów i zarazem narratorem jest Dawid — dwudziestopięcioletni student prawa. Wkrótce ma ukończyć studia i czuje, że moment ostatecznego wejścia w dorosłość zbliża się nieubłaganie. Wraz z tym punktem jego życie prawdopodobnie diametralnie się zmieni, na co nie jest jeszcze gotowy. Na imprezie u przyjaciela poznaje jego siostrę — piętnastoletnią Kaśkę o bladej cerze, ubraną w za dużą koszulkę z logiem metalowego zespołu i grającą nałogowo w gry video. Z początku nie widzi w niej dziewczyny, dla której mógłby oszaleć z miłości. Przypomina mu bardziej dwunastoletnie dziecko. Dopiero po niezbyt długiej rozmowie zaczyna „coś” czuć. Nie przyznaje się jednak do tego nawet przed samym sobą. Impreza jednak trwa w najlepsze, aż w końcu Dawid i Kaśka idą na spacer, na którym nagle i szybko zbliżają się do siebie, by po chwili stwierdzić, że to kiepski pomysł. To właśnie wówczas padają słowa, które zawarte są w tytule powieści — Kaśka, gryząc Dawida w język, mówi: „zrób mi jakąś krzywdę”, zastrzegając, że ma chorą nogę.

I właśnie taka jest ta książka. Coś zaczyna się dziać, nadchodzi jakiś przełom, by za chwilę stało się coś nieoczekiwanego, odwrotnego. Akcja na pierwszych stronach rozpędza się, by za chwilę sunąć na łeb, na szyję, nie zwalniając ani trochę aż do końca. Jest jak ekspresowy pociąg (raczej w Japonii, niż w Polsce), za oknami którego widać tylko przemykające z dużą prędkością wątki — począwszy od wspólnej podróży Dawida i Kaśki po Polsce, przez rockowe koncerty, aktorów porno i świadków Jehowy, aż po koniec, którego nie zdradzę. Kolejne wydarzenia, które jak wulkan wybuchają jedno po drugim, wzmacniane są językiem, jakim książka została napisana. Pełno w nim dynamizmu stworzonego przez potoczne słownictwo narratora, użycie slangu i wulgaryzmów. Narracja pierwszoosobowa została zastosowana po mistrzowsku — opowiadanie Dawida oddaje plątaninę jego myśli i gwałtowne emocje targające nim od momentu poznania Kaśki. Nie jest to górnolotny język — i dobrze. Używają prostego, codziennego słownictwa, postaci zyskują na realności i naturalności. Dawid czasem z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie kolejne, często sprzeczne zdania.

Urzekająca także jest jeszcze jedna cecha powieści, którą określiłabym jednym słowem — polskość. „Zrób mi jakąś krzywdę” to nie tylko historia osadzona w Polsce u progu dwudziestego pierwszego wieku, pełna fanów rockowych zespołów i anarchistów. To również książka do bólu polska — pełna studentów celebrujących przy alkoholu swoje małe zwycięstwa, przekleństw, które każdy z nas słyszy każdego dnia, i dyskontów. Nawet gdy Dawid opowiada o swoich uczuciach i pragnieniach względem Kaśki, robi to typowo polsko — dosadnie, bezpośrednia, wplatając w to wulgaryzmy, które ani trochę nie psują atmosfery.

Czytelnicy przyzwyczajeni do mądrych, uporządkowanych, napisanych poetyckim językiem książek mogą, a raczej na pewno się rozczarują. „Zrób mi jakąś krzywdę” to pozycja dla starszej młodzieży lub młodych dorosłych (jak kto woli, jak kto się czuje), którzy lubią jednocześnie śmiać się do łez i płakać ze wzruszenia. Choć brak tutaj typowo miłosnych, czułych, chwytających za serce scen, to nadal mamy myśli Dawida, które potrafią uderzyć z wielką siłą. Powieść z pewnością gra na emocjach czytelnika, zwłaszcza, że Dawid odczuwa to, co każdy z nas — tęsknotę za obiektem swoich westchnień, beznadziejną miłość, zwątpienie — a także ma takie same potrzeby.

„Zrób mi jakąś krzywdę” całkowicie mnie urzekło. To książka tak realna i współczesna, że nie mogłam tak po prostu jej odłożyć po przeczytaniu. Długo jeszcze myślałam o Dawidzie i Kaśce i zachwycałam się cytatami, które są tak prawdziwe i szczere (dlatego miałam wielki problem z wyborem). Ujęło mnie również to, jak Dawid mówi i myśli o kochaniu się. Mimo że w końcu zauważa w Kaśce uroczą kobietę, mimo że nachodzą go różne pragnienia i wizje, w ich podróży nie dochodzi do ostatecznego zbliżenia się. Cierpliwie czeka. "Zrób mi jakąś krzywdę" to książka, którą należy czytać pomiędzy wierszami, jest niezwykła w swej pozornej prostocie. Polecam ją młodym ludziom, którzy chcieliby zapoznać się z miłością na miarę „Romea i Julii” osadzoną we współczesności z dużą dawką szaleństwa.

Ocena: 9/10

1 komentarz:

  1. Bardzo chciałbym zapoznać się z książkami Żulczyka. Mam nadzieję, że wkrótce będę mieć taką szansę. I cieszę się, że Ci się podobała! :)

    OdpowiedzUsuń