18 marca 2015

[12] Wszystko dla pieniędzy – „Kwiaciarka”, cz. 1

Autor: Xavier de Montépin
 Liczba stron: 370
Wydawnictwo: Damidos
Język oryginału: francuski



Xavier de Montépin, urodzony w 1823 roku, był popularnym w XIX wieku pisarzem. Tematyka jego powieści oscylowała wokół romansów zakrapianych nutką kryminału i tak też jest w przypadku „Kwiaciarki”. W swoich dziełach kontrastował także przepych wyższych warstw społecznych w dziewiętnastowiecznej Francji z ubóstwem przedstawicieli niższych warstw. Przyznam szczerze, że choć nazywany tak popularnym autorem, ja, kupując „Kwiaciarkę”, po raz pierwszy usłyszałam i zobaczyłam to nazwisko. Jednak lista jego powieści robi niemałe wrażenie.

Hrabina de Lagarde jest przyzwyczajona do luksusów, jakie zapewnił jej mąż. Interesują ją tylko siedmiocyfrowe sumy pieniędzy, życie w dostatku, w pięknej, bogato urządzonej willi. Jest blisko czterdziestoletnią kobietą – ale nadal wyglądającą na co najwyżej trzydzieści – a razem z mężem, Jerzym de Lagarde, wychowują siedemnastoletnią córkę, Helenę. Wszystko to jednak w jednej chwili może stracić, gdyż na jaw wychodzi jej tajemnica sprzed dwudziestu lat. Jerzy zupełnym przypadkiem odkrywa, że przed ślubem hrabina była w ciąży z Filipem de Kervenem, teraz bliskim przyjacielem hrabiego i sędzią śledczym. Dziecku jednak nie pozwolono przyjść na świat, ponieważ hrabina nie była zainteresowana ślubem z de Kervenem (z powodu, oczywiście, zbyt małego majątku), mimo że go kochała. Wstrząśnięty Jerzy de Lagarde w liście do żony sugeruje jej samobójstwo – oczekuje po powrocie domu pogrążonego w żałobie. Hrabina i Filip de Kerven szykują więc bezwzględną, brutalną intrygę: planują zwabić Jerzego de Lagarde do posiadłości w Joinville, w którym to rzekomo Marcela de Lagarde miała popełnić samobójstwo, a potem zabić go, zwłoki zaś wrzucić do rzeki. Równocześnie w innej dzielnicy Paryża małżeństwo parające się „profesją” złodziei, planuje włamanie się do owej posiadłości, która wtedy ma pozostać bez opieki ogrodnika. Kradzież kończy się fiaskiem – widzą zabójstwo Jerzego de Lagarde, a w drodze powrotnej do domu zmuszeni są zostawić skradzione przedmioty w obawie przed policjantami. Ciało Jerzego de Lagarde zostaje wyłowione przez rybaków, a sprawa związana z zabójstwem trafia w ręce Filipa de Kervena. Z punktu widzenia hrabiny, lepiej być nie mogło... Fatalnym zbiegiem okoliczności podejrzenie o kradzież i popełnienie zbrodni pada na biednych robotników, Jana Remy'ego i Pawła Gireta. Wszystkie dowody świadczą przeciwko nim, chociaż utrzymują, że są niewinni. Tak oto zaczyna toczyć się walka o udowodnienie niewinności przez robotników, zatarcie śladów zbrodni i zrzucenie winy na kogoś innego przez hrabinę i de Kervena oraz o ucieczkę od kiełkujących wyrzutów sumienia małżeństwa.

„Kwiaciarka” to powieść, z której trudno wyłonić postać pierwszoplanową, główną. Jak widać wyżej, wątków i postaci jest dużo, ponadto wszystkie się wzajemnie przenikają, krzyżują i uzupełniają. Są ściśle ze sobą powiązane. Ogrom postaci wcale nie ujmuje im charakteru. Dla przykładu, Marcela de Lagarde, hrabina, to wygodna, niepotrafiąca żyć bez otoczenia bogactw i luksusów kobieta, która dla pieniędzy jest w stanie posunąć się bardzo daleko. Po zabójstwie własnego męża odgrywa rolę żony pogrążonej w rozpaczy, w duchu myśląc tylko o tym, ile pieniędzy odziedziczy ona i jej córka. Robert Dauphin, wspomniany złodziej, to spokojny, opanowany człowiek, który robi za mózg wszelkich operacji. Razem z żoną utrzymuje, że są uczciwymi ludźmi. Kradzieże traktują jak zwykłą pracę, za którą należą im się pieniądze. Natomiast Jan Remy jest bez reszty oddany swojej żonie i córce, którą, mimo że nie jest jego biologicznym dzieckiem, kocha bardzo mocno.

Wartka akcja i zwroty akcji zapewniają samą rozrywkę i sprawiają, że czytelnik nie ma czasu na nudę. Z pewnością wpływa na to także mnogość wątków, które są równolegle do siebie prowadzone i rozwijane, a w pewnym momencie łączą się w spójną całość. Silnikiem, który wszystko napędza, jest oczywiście zabójstwo Jerzego de Lagarde. Cała powieść to następstwa tego okrutnego, dokonanego z zimną krwią morderstwa żony na własnym mężu.

Tym, co mnie irytowało, był narrator. Ma dziwną manierę wypowiadania się jako „my”. Jeżeli już chce się tak bardzo ujawniać, mógłby to robić w swoim imieniu. Czułam się nieco dziwnie, czytając zdanie typu: „Zostawmy teraz panią de Lagarde i przejdźmy do Jana Remy'ego” (zdanie przykładowe). Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim i nie było mi to na rękę.

O ile „Kwiaciarka” jest powieścią w swej treści bardzo interesującą, łatwą i przyjemną w odbiorze, o tyle od strony technicznej jest dotąd najgorszą, z jaką miałam do czynienia, a winne jest oczywiście wydawnictwo Damidos. Co tu dużo mówić – korekta, o ile jakaś w ogóle była, jest nieschludna. Jestem tym faktem naprawdę oburzona, bo sama chciałabym kiedyś pracować w wydawnictwie, więc z natury rzeczy zwracam na wydanie dużą uwagę. Zwłaszcza, że ludzie, którzy się tym zajmowali, pobierali za to pieniądze, a z mojej perspektywy wygląda to tak, jakby otrzymywali je za nic. Edycja tej książki musiała być naprawdę znikoma lub całkowicie pominięta, co jest niedopuszczalne. A przynajmniej powinno być. Zdenerwowałam się już po kilku pierwszych stronach. Od razu widać, że ktoś tu nie posiada elementarnej wiedzy o przestankowaniu. Po dwudziestu stronach i kilku błędnie postawionych przecinkach lub całkiem pominiętych (gdzie te „kilka” to maksymalna ilość błędów na całą książkę zazwyczaj), postanowiłam spisywać strony, na których zrobiono błąd. Łączna ilość nieprawidłowości (razem z „nie ważne”, „..” zamiast wielokropka i brak półpauzy zaczynającej i kończącej dialog) to około siedemdziesiąt. A są absurdalne. Żeby nie być gołosłownym, podam kilka przykładów:
  • „To, ja będę pierwszą ofiarą, na ciebie przyjdzie kolej później” (strona 19);
  • „Jeśli chodzi o Modestę Pierrelay, to, mając piętnaście lat straciła ojca i matkę” (strona 37);
  •  „Wypędzona z domu, w którym służyła, zrozpaczona i pozbawiona środków do życia opuściła, Nantes, nie pożegnawszy się z Marcelą” (strona 62).
Jakim cudem coś takiego zostało wydane? Korektą zajmował się tajemniczy „Zespół”, a więc czy Zespół ma jakiekolwiek pojęcie o swojej pracy? Z tej książki wynika, że nie, a ja aż boję się czytać następną część. Przeczytanie tej, z powodu tak rażących błędów, zajęło mi jedenaście dni. Dawno nie czytałam tak krótkiej książki aż tak długo. Jestem naprawdę zniesmaczona. I tylko pociesza mnie to (i wcale nie czuję się przez to okrutna), że wydawnictwo Damidos nie daje znaku życia ani na facebooku, ani na stronie internetowej, która już długo jest w budowie. Podejrzewam, że upadło. Nic dziwnego. Nie można wymagać od ryby, żeby latała.

Podsumowując – nie mam na celu zniechęcenia do książki, bo naprawdę zasługuje na przeczytanie. Jest dobrą pozycją, a tym bardziej ciekawy jest fakt, że napisano ją w XIX wieku, co rzuca trochę inne światło na twórczość z tamtego okresu (co zresztą może być spowodowane tym, że tylko jedna strona pokazywana jest w szkołach...). Xavier de Montépin z pewnością zainteresował mnie jako autor. Wielka szkoda, że tak dobra książka została w moim odczuciu trochę przyćmiona przez brak profesjonalizmu wydawnictwa.

Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz