12 listopada 2017

[161] Każdy pies powinien mieć swojego chłopca – „Był sobie pies” + książka vs film


Nie ma złych psów, Bobby. Są tylko źli ludzie.


Początkowy okres życia każdego psa wygląda zapewne tak samo – w pewnym momencie orientuje się, że „te ciepłe, piskliwe kulki smrodu”*, które znajdują się tuż obok niego, to jego rodzeństwo, zaś ten większy kształ to mama. Właśnie do takiego wniosku dochodzi Toby. Z początku żyje z rodziną jako dziki pies, z czasem jednak trafia do innego miejsca, które nazywa Zagrodą. Toby przeżywa swoje życie i potem naturalnie umiera… by znowu się narodzić. Pies orientuje się, że znowu jest szczeniakiem, ale pamięta wszystko ze swojego poprzedniego życia. Kiedy znów jest bliski śmierci, siedząc zamknięty w samochodzie, w którym panuje okropny upał, ratuje go pewna kobieta i zabiera ze sobą do domu. Tam pies poznaje chłopca imieniem Ethan. Okazuje się, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Już jako Bailey zaczyna swoje nowe życie. Sytuacja się jednak powtarza – śmierć i narodziny w ciele kolejnego szczeniaka. Czy reinkarnacja Baileya ma jakiś sens? Czy jako inny pies Bailey odnajdzie swojego chłopca? 

Z „Był sobie pies” w moim przypadku było tak, że najpierw – o, zgrozo! – obejrzałam film. Zwykle tego nie robię, ba!, wystrzegam się, jak mogę, ale tym razem sytuacja była taka, że film wychodził w tym samym czasie, co książka. Koniecznie chciałam na niego iść, bo razem z mamą jesteśmy psiarami, a nie miałam czasu, aby wcześniej przeczytać książkę. Nie wiem, czy ta odwrócona kolejność miała duży wpływ na odbiór i jednego, i drugiego, trudno powiedzieć. Tak naprawdę film i książka, choć bazują na tej samej historii, w trochę inny sposób ją opowiadają. Które wykonanie bardziej przypadło mi do gustu? Odpowiem Wam na końcu, tymczasem zacznijmy od książki.

Nigdy chyba nie miałem potrzeby rozmyślania o istocie zwanej chłopcem, ale teraz, kiedy znalazłem jednego dla siebie, stwierdziłem, że nie ma we wszechświecie wspanialszego stworzenia. Chłopiec pachniał błotem, cukrem i jakimś obcym mi zwierzęciem. Od jego palców poczułem lekki zapach mięska, więc je wylizałem.

Najciekawszą cechą tej powieści jest oczywiście jej narracja. Całość opowiedziana jest z perspektywy psa, przez niego samego, a takie chwyty zawsze cieszą. W jednej z poprzednich recenzji (zob. recenzja „Sztuki ścigania się w deszczu”) wspominałam, że takie książki można napisać na dwa sposoby. „Był sobie pies” jest tym drugim, tym przeciwnym do tamtej książki. Autor nie nadaje Baileyowi cech ludzkich, nie porównuje go w żaden sposób do człowieka – da się wyczuć silną granicę, która oddziela istotę ludzką od psa, a jest nim przede wszystkim umiejętność mówienia wraz z rozumieniem danego języka, w drugiej kolejności zaś sposób pojmowania świata. Bailey potrafi wyłowić z tego, co mówi człowiek, konkretne słowa, wie też, jak ma na imię, nie różni się więc niczym od normalnego psa, nie rozumie jednak wszystkiego, co mówią ludzie. W tekście przytoczone są dialogi, ale Bailey z reguły ich nie komentuje. Łatwo też zauważyć, że nie myśli jak człowiek i nie postrzega świata tak jak on. Często wręcz nie rozumie ludzkich zachowań (no bo jak można wyrzucać całkiem dobre, pięknie śmierdzące jedzenie?), zupełnie inaczej podchodzi do niektórych spraw i próbuje pojąć, czego człowiek od niego oczekuje (zastanawia się na przykład, dlaczego za załatwianie swoich potrzeb w domu jest karcony, a za to samo, ale na dworze, nagradzany). Jest to więc z pewnością bardziej realistyczna narracja. Niesie za sobą oczywiście pewne skutki, jak na przykład to, że całość jest napisana raczej dziecinnym językiem, sprzyja to temu, by tę książkę czytano rodzinnie – nada się i dla starszego, i dla młodszego odbiorcy.

Mimo wszystko występuje tu element, który trudno uznać za realistyczny (choć oczywiście – w co kto wierzy). A jest nim reinkarnacja. Bailey wciela się w kilka psów i pamięta swoje poprzednie życia. Niesamowite jest to, że zauważa, iż doświadczenia z jednego życia przydają się w kolejnym. Zastanawia się jednocześnie, po co to wszystko, czy jest w tym jakiś sens, a jeśli tak, to jaki. Czy jest nim uszczęśliwianie swojego chłopca, gdy jest Baileyem, a może jednak ratowanie ludzi, gdy odradza się jako policyjny pies Ellie? A może jeszcze coś innego? Bailey się nad tym zastanawia, jednak nie myślcie sobie, że ta książka jest filozoficzno-refleksyjnym rozmyślaniem nad sensem istnienia w ogóle w patetycznym tonie. Wręcz przeciwnie – to dość prosta historia, prosto opowiedziana i dająca tak naprawdę jasne odpowiedzi.

Niektóre psy chcą po prostu być wolne i móc sobie swobodnie biegać, bo nie mają chłopca, który je kocha.

Każde nowe życie Baileya opowiada o czymś trochę innym. Z pewnością dwa wątki wysuwają się tu na pierwszy plan – wątek Baileya i Ethana oraz wątek Ellie. Pierwszy z nich to coś, co uwielbiam, czyli opowieść o tym, jak silną i pełną wzajemnej miłości więź można nawiązać z psem. Według mnie ta część książki jest najważniejsza, bo pokazuje, że coś takiego, jak bezdomność psów, nie powinna istnieć. Pies jest najszczęśliwszy wtedy, kiedy ma swojego chłopca, czy też szerzej – właściciela. Każdy pies powinien mieć osobę, która będzie go karmić, wyprowadzać na spacer, ale przede wszystkim kochać. Bailey w poprzednim życiu był w pewnym sensie bezdomny, więc tym bardziej docenia Ethana. Z kolei drugi wątek to pokazanie życia psa policyjnego, który również posiada z właścicielem silną więź, ale osadzoną na innym fundamencie – opartą nie tyle na miłości, co na wzajemnym zaufaniu. Widać między tymi dwoma wątkami różnice, sam Bailey-Ellie zresztą nie stawia tych więzi na równi, lecz je wartościuje, niemniej zauważa, że sensem życia jednego psa jest czynienie swojego pana szczęśliwym, a drugiego – szkolenie, nauka komend i wypełnianie ich, aby pracować, ratując ludzi. Bo o tym też jest trochę ta książka – o tym, że życie psa musi mieć jakiś sens, jakiś cel. A on pojawia się tylko wtedy, gdy zwierzę może nawiązać więź z człowiekiem.

„Był sobie pies” to piękna i mądra opowieść, w dodatku napisana tak, żeby podobała się i młodszym, i starszym czytelnikom. Do połknięcia w jeden, dwa wieczory. Warto poświęcić jej czas i warto podsunąć dzieciom. Myślę, że to jedna z tych książek, która uwrażliwia na tematykę zwierząt.


Słowo się rzekło, więc teraz trochę o filmie, w porównaniu do książki oczywiście. Nie wspomniałam o tym wyżej, bo nie uznaję tego za wadę książki jako takiej, ale zestawiając ze sobą książkę i jej ekranizację, po prostu muszę zwrócić na to uwagę. Film skupia się na tym, by Bailey, przechodząc przez swoje kolejne wcielenia, odnalazł Ethana. Myślą przewodnią jest to, że pies jest szczęśliwy wtedy, kiedy jest przy nim jego ukochany właściciel. W książce majaczy to gdzieś na horyzoncie, jednak w tej wersji ta historia nie opowiada o tym, jak to piesek szuka pana. Filmowy wątek Baileya i Ethana to wątek główny, wokół którego toczy się akcja, w książce natomiast to jeden z kilku, mniej więcej równorzędnych wobec siebie wątków, autor bowiem nie zaznaczył go wyraźnie jako główny, rozbudował go w podobnej wielkości co inne. I moim zdaniem tym razem lepiej wypada… film. 


Tak, możecie mnie zlinczować, że jak to, książka lepsza od filmu?! Co ze mnie za książkoholik? Tak to jednak wygląda w mojej opinii. Motyw reinkarnacji ma lepsze uzasadnienie w filmie niż w książce. Książka zresztą przechodzi przez jedynie kilka wcieleń psa-narratora, każdemu poświęca przy tym podobną ilość uwagi, w filmie natomiast te pośrednie wcielenia Baileya pokazane są skrótowo, i jest ich więcej. To działa dużo lepiej i prowadzi do jasnego przesłania, że każde powtórne narodziny Baileya mają go zaprowadzić do jego chłopca i w pewnym sensie go uratować. Książka teoretycznie chyba też chciała mieć takie przesłanie, jednak zbytnie rozdrabnianie się i opowiadanie historii kilku psów od początku do końca nie wyszło jej na dobre, jeśli skonfrontujemy ją z filmem.

Co pragnę jednak zaznaczyć – OBIE wersje historii o Baileyu są DOBRE. Absolutnie nie chcę krytykować książki, bo autor miał swój pomysł na tę opowieść, a reżyser swój. Oba sposoby opowiedzenia jej przypadły mi do gustu i oba uważam za warte poznania. Jeżeli więc jesteście zaciekawieni, polecam i książkę, i film. (I jedno, i drugie wyciśnie z Was parę łez).

Informacje o książce
Autor: W. Bruce Cameron
Tytuł oryginału: A Dog's Purpose: A Novel for Humans
Ilość stron: 392
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Moja ocena: 7/10
Wyzwania:

*cyt. z książki
źródło zdjęć z filmu: imdb.com

7 komentarzy:

  1. Uwielbiam tą książke , filmu jeszcze nie widziałam , ale ksiązka jest super, czytając ryczałam .

    https://skucinska-blog.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmmm po tym poście chyba serio obejrzę w końcu film. Książkę czytałam jakiś czas temu i strasznie mi się podobała, więc warto byłoby zobaczyć ekranizację, skoro uważasz, że była nawet lepsza od pierwowzoru :D

    Obsession With Books

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam jeszcze książki, filmu też nie widziałam, chociaż kuszą od dawna. Chciałam jeszcze dodać, że słodki psiak jest na zdjęciu. ;)

    http://czytam-wszystko.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytajcie teraz "Psiego najlepszego" tego samego autora :).
    To chyba najsłodsza alternatywa na święta!

    OdpowiedzUsuń
  5. Upewniłaś mnie w tym, że nie powinnam dawać książce drugiej szansy. Niestety ale nie myłam w stanie przebrnąć przez opisy obwąchiwania sobie psich dupek i innych średnio przyjemnych rzeczy. Obejrzę film :)

    booklicity.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Książka mnie zauroczyła, film nadal przede mną (wstyd, że nie potrafię wygospodarować 2 godzin na jego obejrzenie :O ).

    aga-zaczytana.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Film lepszy, mówisz? Muszę go w końcu obejrzeć, ale póki co nie mam ochoty na film, na którym na bank będę ryczeć. Może w okolicy świat go włączę :)

    OdpowiedzUsuń