13 sierpnia 2015

#13 Dlaczego nie kupię czwartej części Millennium?

Równo dwa tygodnie zostały do premiery tzw. czwartej części sagi Millennium. Licząca sobie nieco ponad sześćset stron (albo 560, znalazłam różne informacje) książka „Co nas nie zabije” została napisana przez Davida Lagercrantza, szwedzkiego pisarza i dziennikarza. I choć uwielbiam Millennium, nie mam zamiaru wydać ani grosza na książkę, o której mowa. Dlaczego? Zaraz się dowiecie.



Krótko o całej sadze i Stiegu Larssonie...

Stieg Larsson, a właściwie Karl Stig-Erland Larsson, urodził się w 1954 roku w małym miasteczku nad Zatoką Botnicką (północne wybrzeże Szwecji). Za dwa dni obchodziłby urodziny. Niestety, zmarł 9 listopada 2004 roku w wyniku rozległego ataku serca. Nie jest tajemnicą, że Larsson nie dbał o swoje zdrowie, nie przejmował się radami bliskich osób. Jego brytyjski wydawca, Christopher MacLehose, przyznał, że Larsson wypalał dziennie ponad sześćdziesiąt papierosów, w dodatku był pracoholikiem, krótko mówiąc – nie dbał o siebie.
 

Stieg Larsson nie doczekał publikacji swojej pierwszej książki. „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” wydano już po jego śmierci, w 2005 roku (w Polsce w 2008 nakładem wydawnictwa Czarna Owca). Książka szybko stała się bestsellerem w Szwecji, Polsce i wielu innych krajach. Kolejne części, „Dziewczyna, która igrała z ogniem” oraz „Zamek z piasku, który runął”, powtarzały sukces poprzedniej. Cała saga to kryminalna trylogia z elementami thrilleru politycznego. Ponadto druga i trzecia część, w przeciwieństwie do pierwszej, tworzą zintegrowaną całość. Stieg Larsson miał zamiar napisać dziesięciotomową serię. W całości stworzył jednak te trzy powieści, a także konspekt następnej i napisał około dwustu stron. 





Jaki był Larsson? Zapewniam, że to postać niezwykła. Przed napisaniem Millennium był odważnym dziennikarzem, który nie bał się stanąć przeciwko władzy. Był osobą w pełni zaangażowaną politycznie, znaną z obrony demokracji i wolności słowa, a także nie obawiającą się konfrontacji z przedstawicielami skrajnej prawicy. Swoje przekonania przejął od dziadka, który stanowił dla niego najważniejszą osobę w życiu. Był dla niego wzorem do naśladowania, ponieważ w latach trzydziestych głośno krytykował Adolfa Hitlera i rodzący się w Niemczech nazizm. Po odbyciu służby wojskowej Stieg Larsson zaangażował się w walkę z faszyzmem oraz brakiem tolerancji religijnej i rasowej w Szwecji lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Aktywnie uczestniczył w Komunistycznej Lidze Robotniczej. W 1995 roku założył fundację Expo, która zajęła się zwalczaniem wszelkich przejawów nietolerancji, a zwłaszcza przeciwdziałaniem skrajnej prawicy zdobywającej szerokie uznanie w szkołach i wśród młodzieży. Fundacja pozostawała z dala od jakiejkolwiek partii politycznej. W magazynie Expo (pierwowzór magazynu Millennium, którego wydawcą jest główny bohater sagi) Stieg Larsson atakował szwedzką skrajną prawicę i organizacje, które nawoływały do przywrócenia czystości rasowej. Nie bał się używać mocnych słów, aby wyrazić swoje zdanie, w efekcie czego zaczęto mu grozić śmiercią. Nie obyło się także bez ataków na drukarnię. Każda osoba zaangażowana w wydawanie magazynu podjęła szczególne środki ostrożności, aby nie paść ofiarą coraz częstszych pogróżek. Ponadto Larsson stworzył archiwum Expo, które jest obecnie największym w Skandynawii prywatnym źródłem informacji na temat ekstremistycznej prawicy. Archiwum działa w porozumieniu z norweskim czasopismem Monitor i brytyjskim Searchlight, które toczą walkę z grupami ekstremistów, a ponadto ma korespondentów i kontakty w Polsce, Rosji i Stanach Zjednoczonych.

Relacje Stiega z rodziną oraz miłość jego życia

Stieg Larsson do dziewiątego roku życia wychowywany był przez dziadków. Jego rodzice z różnych względów, także finansowych, nie byli w stanie się nim zająć. To właśnie dzięki temu młody Larsson bardzo związał się z dziadkiem, Severinem Boströmem, który zaszczepił w nim gotowość do obrony swoich przekonań – w tym gotowość do pójścia za nie do więzienia, gdzie trafił podczas II wojny światowej za jawny sprzeciw wobec nazistów. Po jego śmierci Stieg długo nie mógł dojść do siebie. Wrócił do domu rodzinnego, w którym żyli jego ojciec Erland i brat Joakim. To od ojca Stieg dostał pierwszą maszynę do pisania – na trzynaste urodziny. Jego rodzice starali się, aby otaczały go książki. Ojciec sądzi, że na zainteresowanie jego starszego syna dziennikarstwem i późniejsze poświęcenie się mu w pełni wpłynęła wojna w Wietnamie i organizowane w Szwecji przemarsze, na których wykrzykiwano hasła „Precz z Wietnamu!” i temu podobne. Ponadto Erland Larsson sądzi, że zainteresowanie jego syna polityką było efektem „rozpolitykowania” jego rodziny, bowiem ojciec Stiega był komunistą, a matka socjaldemokratką.

Mimo że jak do tej pory wydaje się, iż najbliższa rodzina Stiega żyła z nim w zgodzie i wspierała go, przyszłość przyniosła zmiany w tej kwestii. Jednak aby szerzej to omówić, należy wspomnieć o kluczowej postaci w życiu Stiega. Evę Gabrielsson poznał w wieku osiemnastu lat na wiecu przeciwko wojnie w Wietnamie. Wkrótce zamieszkali ze sobą, a Eva została historykiem architektury. Nigdy się jednak nie pobrali w obawie przed niebezpiecznymi groźbami ze strony skrajnej prawicy kierowanych w stosunku do Stiega. Istnieje plotka, że Larsson przez wiele lat nie rozmawiał z ojcem oraz bratem, jednak nie jest to do końca potwierdzona informacja, chociaż Eva Gabrielsson przyznaje, że oni nigdy nie byli częścią życia jej oraz Stiega, a więc nie są osobami, które powinny zająć się spadkiem po nim, chociaż prawnie należy się im. 



Wojna o spadek

Pieniądze ze sprzedaży książek prawnie należą się krewnym zmarłego. Dodatkowo, w przypadku gdy zmarły nie pozostawił testamentu (a Stieg go nie sporządził), połowa majątku przechodzi na państwo. Kwestią sporną pozostaje jednak laptop, na którym znajduje się konspekt całości i dwieście stron czwartej części Millennium, a który jest w posiadaniu Evy Gabrielsson. Ojciec i brat Stega niejednokrotnie chcieli go przejąć, proponując konkubinie Larssona pieniądze, jednak bezskutecznie. Eva nie ma zamiaru tego uczynić. I w tym momencie warto zaznaczyć – zbliżająca się premiera książki „Co nas nie zabije” to NIE jest projekt ani w jednej setnej oparty o to, co wymyślił i chciał opisać Larsson. 

Dlaczego nie kupię czwartej części Millennium?

Zacznijmy od tego, że dla mnie Millennium na zawsze pozostanie trylogią. Nie ma żadnej czwartej części. Chyba że kiedyś, choć myślę, że musiałby być to bardzo odległy w czasie moment, Gabrielsson zdecydowałaby się opublikować te dwieście stron prawdziwej czwartej części, być może w książce, którą dokończyłaby ona. Pewne jest jedno – Eva jest całkowicie przeciwna kontynuacji serii przez innego autora, dlatego nigdy nie udostępni laptopa rodzinie Stiega.

Głównym powodem, dla którego nie mam zamiaru kupować „Co nas nie zabije”, jest to, że Lagercrantz oraz jego wydawca, zresztą nie tylko szwedzki, a niestety także polski, promują tę książkę w sposób dla mnie co najmniej obrzydliwy. Już samo nazywanie tej książki czwartą częścią jest nie w porządku. Nie jest to ani dzieło Larssona, ani jego pomysł, a już na pewno nie coś, z czego byłby zadowolony. Sam Lagercrantz w wywiadzie przyznał, że Larsson „nigdy nie pozwoliłby na grzebanie w jego świecie”, a wiedząc, że ktoś inny będzie kontynuował jego sagę, „byłby wściekły”. Nie wiem więc, dlaczego dziennikarz zdecydował się na takie posunięcie. Chociaż właściwie mogę się domyślać. Światem rządzą pieniądze, a skoro Millennium osiągnęło taki światowy sukces, jasnym jest, że kolejna część okaże się prawdziwą bombą, z której po wybuchu, tj. po premierze, zostaną ich ogromne ilości. Moim zdaniem jest to jawne i bezwstydne żerowanie na nieswoim sukcesie, a moje zniesmaczenie (lekko mówiąc) wzbudza fakt, że ów sukces należy do osoby, która nie żyje i która nie pochwalałaby takiego zachowania. Z tego powodu nie chcę dokładać własnych pieniędzy do takiego przedsięwzięcia. Nie chcę wspomagać postępowania tak wstrętnego.

Innym powodem jest sama postać Larssona oraz jego partnerki życiowej. Podziwiam Stiega Larssona zarówno za Millennium, a więc jako pisarza, jak i za to, co zrobił jako dziennikarz. Moim zdaniem był osobą bardzo odważną i inteligentną. Nie mogę odżałować jego przedwczesnej śmierci, mimo że pierwszą część jego sagi przeczytałam sześć lat po jej wydaniu w Szwecji. Był to jeszcze taki moment, w którym trylogia nie była tak znana. Prawdziwy przełom i bum na Millennium nastąpił po premierze amerykańskiej ekranizacji części pierwszej. Kiepskiej, swoją drogą, dużo gorszej od filmów produkcji, uwaga, szwedzko-duńsko-niemiecko-norweskiej. Jeśli zaś chodzi o Evę Gabrielsson, rozumiem jej położenie i ogromnie jej współczuję sytuacji związanej ze spuścizną Larssona. Nie ma wątpliwości, że łączyła ją ze Stiegem silna miłość (przecież przeżyli ze sobą ponad trzydzieści lat). Nie ma też wątpliwości co do powodów, dla których ich związek nigdy nie został sformalizowany. Gabrielsson po śmierci Stiega przeżyła piekło nie tylko związane z przedwczesną stratą ukochanej osoby, ale także z powodu batalii, jaka toczyła się o jej prawa do majątku Larssona. Władza i prawo stanęły przeciwko niej, tak jak wcześniej Larsson sprzeciwiał się władzy. Kupując „Co nas nie zabije”, stanęłabym przeciwko Evie Gabrielsson, a w żadnym wypadku nie chcę tego czynić. Nie mogłabym tak postąpić, bo moim zdaniem prawo do spadku należy się tylko jej. Prawo jest jednak nieubłagane, nie uznaje wyjątków, jest sztywne.

 

Nie chodzi tu o to, że z góry zakładam, iż książka Lagercrantza będzie gorsza od Millennium i w ogóle ów szwedzki dziennikarz nie dosięgnie do pięt Larssonowi. To byłaby hipokryzja z mojej strony. Nie znam tego autora, nie jestem w stanie stwierdzić, czy pisze dobrze, czy źle. Ukazywany jest jako mądry pisarz i wspaniały dziennikarz śledczy. Być może jest tak w istocie. Nie chcę mu ujmować talentu, bo może go mieć. Jednak z całym szacunkiem do niego, postępowanie rodziny Larssona, która z nim współpracuje, oraz wielu wydawców, nie tylko szwedzkich, odstręcza mnie. Czułabym się bardzo nie fair w stosunku do Larssona, gdybym była na ich miejscu. I czułabym się nie fair w stosunku do siebie. Gdyby książka nie była reklamowana jako kontynuacja Millennium, gdyby wszystko rozegrało się w miłym tonie i w zgodzie z Evą Gabrielsson, która także miała swój wkład w pisanie trylogii (choć, jak przyznaje, niewielki, bo ograniczała się do korekty i dyskusji), nie miałabym nic przeciwko. Kupiłabym i przeczytała „Co nas nie zabije” z przyjemnością. Rzeczywistość jest jednak inna. Wszystko się we mnie buntuje, kiedy patrzę na entuzjastyczne zapowiedzi tej książki. Widzę tam tylko chęć zbicia fortuny, skorzystania z czyjejś śmierci. Za bardzo lubię Millennium i za bardzo szanuję Stiega Larssona, aby przyjmować to ze spokojem, dlatego zdecydowałam się na ten post. Nie chcę nikogo nawoływać do „buntu”, nie chcę też działać na niekorzyść wydawnictwa. Chcę tylko zwrócić na coś uwagę. Wielu z fanów Millennium nie ma pojęcia o tym, jakim człowiekiem był jego autor i co miało miejsce po jego śmierci. Mam nadzieję, że są tacy, którzy dowiedzieli się tego z mojego posta. Zachęcam do wyciągnięcia własnych wniosków. Ja pozostaję przy swoim minibuncie. 










Informacje na temat dzieciństwa i działalności politycznej Stiega Larssona czerpałam z książki Barry'ego Forshawa pt. „Stieg Larsson. Mężczyzna, który odszedł za wcześnie”. 
Wykorzystane zdjęcia nie należą do mnie.

14 komentarzy:

  1. Dziękuję Ci za tą notkę, bo dała mi ona do myślenia. Teraz jeżeli będę miała kupić tą książkę to coajmniej 10 razy się zastanowię...chociaż raczej nie kupię jej wcale.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie mam póki co tego problemu, gdyż jeszcze nie czytałam całej trylogii. Wiem jednak, że takie literackie przedłużenia raczej nie są trafionym pomysłem.

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest jakieś szaleństwo z tą całą niby 4 częścią Millennium. Jak się tylko o tym dowiedziałam to byłam wściekła. Gdyby chociaż ten "nowy" autor opierał się na tych 200 stronach pozostawionych to jeszcze to by mogło jakoś wyglądać. Ale tak bez ładu i składu to bezsensu. Jestem ogromną fanką trylogii i podzielam twoje zdanie w pełni.
    Pozdrawiam
    rozenksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyznam szczerze, że nie wiedziałam nawet, że taka "4 część" wyszła. Mam całą trylogię na półce. I na razie nie mam czasu czytać, jednak dla mnie Millenium to chyba też na zawsze trylogia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak na razie się tym nie przejmuje, bo nie czytałam nawet pierwszej części, więc zupełnie nie myślę o tomie czwartym, ale serdecznie dziękuję za przybliżenie mi tematu ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję Ci, że mogłam choć skrótowo zapoznać się z kulisami wydania "4 części" Millenium; dzięki Tobie sięgnę po książkę o Stiegu Larssonie, aby dowiedzieć się więcej. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziś właśnie skończyłam trylogię Millennium i stwierdzam, że to prawdziwy majstersztyg. Nie zamierzam czytać 4-ej części, aby nie psuć sobie smaku. Kiedyś popełniłam błąd, sięgając po kontynuację "Przeminęło z wiatrem" - do dziś nie mogę sobie darować, że to przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Właśnie skończyłam "Co nas nie zabije" i jestem mile zaskoczona bo książka jest cudowna i pomimo zasianej tu złej opinii o niej, moim zdaniem warto po nią sięgnąć.Myślę,że jeśli ktoś przeczytał trylogię Millenium powinien również sięgnąć po książkę wyżej tu wspomnianą.Moim zdaniem jest świetną kontynuacją sagi i napisana jest naprawdę dobrze więc jeśli ktoś lubi dobrą książkę to niech pomyśli nad uprzedzeniami autorki tego bloga. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sęk w tym, że ja mówiłam o kupnie, nie o czytaniu. :) Polecam zaś czytanie, ale ze zrozumieniem. A w szczególności do ponownego (mam nadzieję, że dotrwałeś tam, Anonimie) przeczytania ostatniego akapitu.
      Pozdrawiam również.

      Usuń
    2. W czym i komu ten Twój minibunt pomoże..? Nie chcesz to nie kupuj i nie czytaj.Ja na pewno polecę każdemu tą książkę.
      Miłego wieczoru

      Usuń
    3. A to on miał w czymś pomagać? Wyraziłam swoje zdanie. Książka może być świetna, ale działania wydawców obudziły we mnie niesmak, o czym postanowiłam napisać.

      Usuń
  9. Świetna książka - polecam! Kawał dobrej roboty, dobrze przeprowadzonego researchu i kunsztu autora. Pewnie sama Eva z ciekawości też przeczyta, choć pewnie tego nie przyzna. Udanego minibuntu : ] Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń