17 lipca 2019

[253] Piekielnie dobry prawnik – „Adwokat diabła” [recenzja premierowa]


Są takie książkowe ekranizacje, które przyćmiewają swoje książkowe pierwowzory do tego stopnia, że po jakimś czasie dany tytuł kojarzy nam się już tylko z filmem. Bo kto w pierwszej chwili pomyśli o książce, wymieniając takie tytuły jak Szczęki, Park Jurajski, Rambo czy też mówiąc o serii z Jamesem Bondem? Okazuje się, że za wieloma kultowymi już dzisiaj filmami bardzo często stoją – lepsze lub gorsze – powieści. W 1997 roku na ekrany kin wszedł Adwokat diabła z Alem Pacino, Keanu Reevesem i Charlize Theron w rolach głównych. Z całą pewnością można uznać, że to kolejna ekranizacja, która swą popularnością przebiła książkowy pierwowzór z 1990 roku. A jak z treścią? Czy powieść Adwokat diabła autorstwa Andrew Neidermana zasługuje na większy rozgłos?

Kevin Taylor jest młodym prawnikiem i właśnie wygrał trudną, kontrowersyjną sprawę, w której bronił nauczycielki oskarżonej o molestowanie swoich uczennic. Jego talent zostaje dostrzeżony przez Johna Miltona, który wraz z kilkoma innymi prawnikami prowadzi kancelarię John Milton i Wspólnicy. Kevin niemal bez wahania zwalnia się z kancelarii, w której pracował dotychczas, skuszony wielokrotnie większą pensją, luksusowym apartamentem za darmo w samym sercu Nowego Jorku, prywatną limuzyną i obietnicą zajmowania się samymi sprawami karnymi. Wraz z żoną przeprowadza się z prowincjonalnej mieściny, aby osiąść na Manhattanie. Wszystko układa się pomyślnie, mogą w końcu planować przyszłość i korzystać z luksusów, o których zawsze marzyli. Jednak początkową radość szybko burzy niepokój, który zaczyna odczuwać Kevin. Zauważa on, że jego współpracownicy wygrywają każdą sprawę i udaje im się oczyścić z zarzutów nawet tych, którzy oskarżeni są o najokrutniejsze zbrodnie. Gdzie trafił Kevin i kim tak naprawdę jest John Milton?

Adwokat diabła to na poły thriller prawniczy, na poły powieść grozy z rodzaju tych, które nie zaskakują wyskakującymi zza zakrętu zjawami, lecz powoli i dosyć subtelnie zasiewają tak w czytelniku, jak i w głównym bohaterze poczucie tego, że coś jest nie tak. To poczucie jest z początku tak drobne jak przypadkowe ukłucie się szpilką, ale z czasem urasta do rangi ciągłego uczucia niepokoju, a nawet zagrożenia. Okazuje się bowiem, że niezwykle łatwo jest nieświadomie zawrzeć pakt z diabłem i zaprzedać mu duszę, zwłaszcza jeśli pragnie się tak przyziemnej rzeczy jak dostatnie życie. A kto z nas o tym nie marzy?

Kevin wodził wzrokiem od jednego wspólnika do drugiego. Ze wszystkich biła determinacja Ahaba, który szuka swojego Moby Dicka. Odnosił wrażenie, że związał się z czymś więcej niż zwykłą firmą prawniczą: że był to rodzaj bractwa krwi, spółki adwokatów dla przeklętych. Z prawniczych procedur wznosili oni istne fortece, konstruowali na ich podstawie broń. A na cokolwiek by się decydowali, odnosili sukcesy, zwyciężali.

Powieść Andrew Neidermana, choć przecież już nie tak młoda i nowa (przypomnijmy: oryginalnie ukazała się w 1990 roku), nadal niesamowicie wciąga i pozostawia po sobie bardzo dobre wrażenie. Co więcej, trzeba przyznać, że doskonale wpisuje się we współczesne trendy – thrillery prawnicze i inne powieści okołokryminalne są dzisiaj szczególnie popularne. Pod tym względem Adwokat diabła absolutnie od nich nie odstaje. Neiderman zaprasza czytelnika do prawniczego świata i serwuje mu kilka ciekawych sądowych smaczków. John Milton i Wspólnicy to kancelaria idealna – panuje tam rodzinna atmosfera, wszyscy się ze sobą przyjaźnią, co więcej, wszyscy wspólnicy, jak również sam pan Milton mieszkają w tym samym apartamentowcu, tak więc również żony tych doskonałych prawników są ze sobą we wspaniałych relacjach. Kobiety spędzają ze sobą praktycznie cały czas, mężczyźni codziennie jeżdżą do pracy tą samą limuzyną i wspierają się w prowadzeniu kolejnych spraw, a wszyscy razem przy każdej dobrej okazji spotykają się na imprezach w penthausie pana Miltona. Ten obrazek jest tak idylliczny, tak perfekcyjny, że pojawienie się na nim skazy było niemal stuprocentowo pewne. Mimo wszystko jednak cała ta otoczka absolutnie nie traci na wiarygodności.

Z pewnością najciekawszą postacią tej książki jest sam John Milton. Jeśli nazwisko wydaje Wam się jakieś takie znajome – to bardzo dobrze. John Milton był siedemnastowiecznym poetą, który napisał poemat zatytułowany Raj utracony. Dzieło to rozpoczyna się od upadku szatana oraz jego zwolenników, tak więc nieprzypadkowo główny bohater Adwokata diabła został nazwany tak, jak nazywał się autor Raju utraconego. John Milton jawi się tu jako ktoś, kto zna się na swoim fachu, ale i zna się na ludziach. Jest doskonałym prawnikiem, ale potrafi także dostrzec talent w innym człowieku. Jest też niezwykle dobroduszny i hojny – w końcu raczej nie zdarza się, by nowy pracodawca poza doskonałymi warunkami pracy oferował swojemu nowemu pracownikowi luksusowy apartament za darmo. Milton jest ponadto traktowany niemal jak ojciec swoich wspólników – wszyscy uznają go za autorytet, chętnie słuchają jego rad, jako że jest również dobrym mówcą, a także cenią jego zdanie i doświadczenie, zarówno prawnicze, jak i życiowe. Ale to oczywiście tylko fasada, która z czasem pęka i odsłania to, co jest pod nią skrzętnie ukryte.

Podobnych nawiązań jest tutaj wiele i można by się w nie naprawdę głęboko zagłębiać, co tylko podnosi wartość Adwokata diabła. Liczne nawiązania do Bilbii czy mitologii, motywy i tropy doskonale znane z innych, znamienitych dzieł literackich – wszystko to sprawia, że Adwokat diabła poza bardzo dobrym przedstawicielem prozy gatunkowej jest też dziełem doskonale wykorzystującym to, co ludzkość zna i ceni od wieków, czerpiącym garściami z historii literatury i przetwarzającym to wszystko w opowieść na miarę naszych czasów. Bo Adwokat diabła jest tak naprawdę historią starą jak świat – historią o ścieraniu się sił dobra z siłami zła. Ale to jest właśnie to, co niezmiennie nas, jako ludzkość, fascynuje. Ten motyw nie traci na aktualności, a Neiderman wykorzystuje go w naprawdę wyśmienity sposób.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o filmie. Odpowiadając na pytanie zadane we wstępie, książka zdecydowanie zasługuje na szerszy rozgłos, dlatego niezmiernie się cieszę, że po niemalże trzydziestu latach wydawnictwo Vesper postanowiło ją wydać w Polsce po raz pierwszy (!). Tym bardziej uważam tak po obejrzeniu ekranizacji (na potrzeby tej recenzji – uwierzycie, że nigdy wcześniej nie oglądałam tego filmu?), która jest ekranizacją z rodzaju tych luźniej związanych z książką. Podstawa, cała otoczka i główny motyw są te same, ale tak naprawdę to dwie różne historie z dwoma różnymi sensami i wydźwiękami. Do mnie o wiele bardziej przemawia wydźwięk książkowy. Jak to w filmach, trzeba było uciąć niektóre wątki, a niektóre odpowiednio zmodyfikować, aby zmieścić się w jakimś rozsądnym czasie trwania filmu. Niemniej byłam dosyć zaskoczona tym, że z jednej strony rozbudowano firmę Johna Miltona, ale z drugiej zawężono grono mieszkańców apartamentowca, a co najgorsze – w postaci żony Kevina, książkowej Miriam, a filmowej Mary Ann upchnięto tak naprawdę dwie książkowe bohaterki, tym samym całkowicie zmieniając rolę Miriam w tej historii i wpływając dość znacznie na fabułę, jej przebieg, a ostatecznie także sens i wydźwięk filmu. Moim zdaniem spłycono też postać Kevina, który w książce dość szybko zauważa niuanse podpowiadające mu, że coś jest wyraźnie nie tak w kancelarii. W filmie taki moment chyba w ogóle nie następuje (no, może poza ostatnią sceną). Co ważne, nie ma też motywu ciąży, który w książce był chyba jednym z ważniejszych wątków, także dla tego, aby cała sprawa zawarcia paktu z diabłem wyszła na jaw. 

Filmem jestem zdecydowanie zawiedziona, natomiast książkę chyba jeszcze bardziej doceniam po jego obejrzeniu. Andrew Neiderman wykonał kawał naprawdę świetnej roboty. Szczerze polecam Wam Adwokata diabła, czyta się go wyśmienicie, a myśli się o nim jeszcze dłużej.

Informacje o książce:
Autor: Andrew Neiderman
Tytuł oryginalny: The Devil's Advocate
Ilość stron: 336
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Vesper
Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Vesper!

4 komentarze:

  1. Książka już czeka na mojej półce. Czuję, że mnie bardzo mocno wciągnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekaj. "Rambo" jest na podstawie ksiązki?
    To teraz zabiłaś mi ćwieka (kurde, odruchowo chciałam wielką literą napisać xD).
    Zaraz poryję w necie jak kret w świeżo posadzonych pelargoniach i znajdę to! Ja to musze przeczytać xD
    Pozdrawiam ciepło :)
    Kasia z niekulturalnie.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też byłam dosyć zdziwiona. xD Ale nie wiem, na ile wierną ekranizacją jest film i ile ma wspólnego z tą książką. :P

      Usuń